ODYSEJA U BRZEGU ROZCZAROWANIA
"Odyseja", reż. Christhoper Nolan. zdj. Youtube
„Odyseja” w wersji Christhopera Nolana, to odkurzenie mitu i objawienie go widzom w nowym świetle. Jego blask może razić niewykształconych troglodytów. Tych, którzy odrzucają cywilizacyjne dziedzictwo na rzecz szybkich i wściekłych albo nowego Batmana. Nolan oddaje nam opowieść o człowieku, który zaczyna rozumieć, że są rzeczy ważniejsze od sukcesu na wszystkich polach bitewnych. No, ale żeby to pojąć, trzeba mieć już jakiś bagaż doświadczeń, a nie tylko wiedzę z YouTube.
Od pierwszych lekcji na temat mitów i historii starożytnej uczono nas, że homerycka „Odyseja”, to opowieść o powrocie do domu spod Troi. Pełnej przygód jednego z najlepszych dowódców w armii Agamemnona. Twórcy fortelu, po dziś dzień nazywanego sztuczką na „konia trojańskiego”. Sławnego Odyseusza, króla Itaki i Tesprotii, prawnuka boga Hermesa. Nic bardziej mylnego. Mam absolutne przekonanie graniczące z pewnością, że cała opowieść Homera o 20-dziestoletniej wędrówce Odyseusza do Penelopy, wliczając w to także oblężenie Troi, to metafora wszystkiego, co przeżywa człowiek, by dojść do światłej, mądrej dorosłości.
Jeśli chcecie naprawdę przyjąć opowieść Nolana w pełni, to musicie znać nie tylko samą „Odyseję” w jej pierwotnej formie. Także musicie cokolwiek wiedzieć na temat dawnych mitów i opowieści o starożytnych herosach. Christopher Nolan jak nikt wcześniej ukazał podróż Odyseusza, jako rodzaj rozliczenia się z przeszłością. Zrozumienie, że życie jest czymś więcej niż tylko poświeceniem dla kariery. Także sławy, sukcesu i podobnych społecznych naleciałości, które stanowią o naszym statusie społecznym, ale nic nie mówią o nas samych. „Odyseja” jest opowieścią o wytrwałości. O konsekwencji i czasie, wykluczając współczesną definicję łatwego sukcesu, który ma być szybki i przyjemny.
Szkolna odyseja
Nolan rozprawił się z patrzeniem na klasykę z muzealnym namaszczeniem, które nam wbijano do głowy od chwili, gdy sięgnęliśmy po podręcznik mitów Jana Parandowskiego. Ci bardziej wytrwali doszli nawet do okładki „Iliady” i „Odysei”. Niestety dzisiaj większość studentów na kierunkach humanistycznych nie przebrnęła przez te historie. Nolan i jego żona, Emma Thomas, zarazem producentka większości jego filmów oraz współautorka niemal wszystkich sukcesów swojego męża, niczym oddana i wierna Penelopa swojemu Odyseuszowie, wymyślili, jak czytać starożytną „Odyseję” w XXI wieku. Nolan i Thomas od początku podkreślali, że nie mają zamiaru odkurzać żadnego z popiersi bohaterów trojańskiej opowieści. Nie chcą pudrować podręcznikowej wizji starożytnego świata. Z mitem Homera zrobili dokładnie to samo, co wcześniej Nolan zrobił ze wspomnieniami w „Memento” czy z czasem w „Interstellar”. Po prostu zamienili przestrzeń fizyczną w teatr ludzkiej psychologii. Ich Odyseusz jest człowiekiem dojrzałym i potwornie zmęczonym, który pod koniec drogi zderza się z własną przeszłością i musi wystawić sobie samemu rachunek sumienia.
Naprawdę tylko naiwni wielbiciele produkcji marvelowskich, których Martin Scorsese nazwał klientami parków rozrywki z popcornem i colą. Tacy, którzy mylą film z tik tokowym „przeskocz i zabij”, wierzyli, że to będzie kino awanturnicze. Film o żeglarzu mijającym po drodze trochę potworów. Dziesięcioletnia błąkanina po Morzu Egejskim staje się u Nolana przezroczystą metaforą powolnego, bolesnego dojrzewania do zrozumienia własnego życia.
Ambicje Odyseusza
Najważniejszym i najbardziej przejmującym wątkiem całej opowieści staje się radykalna rewizja mitu trojańskiego. Troja w ujęciu Nolana przestaje być miejscem chwały, pomnikiem męstwa czy genialnego podstępu z drewnianym koniem. Jest krwawą i zarazem zbyteczną rzezią. Tragedią, na którą Odyseusz poświęcił najcenniejsze lata swojego życia, tocząc bitwę, która w gruncie rzeczy nigdy nie była jego własną wojną. Spędził dekadę na obcej ziemi, walcząc za ambicje i urazy innych władców, podczas gdy w domu zostawił to, co naprawdę nadawało mu jego egzystencji sens. Zostawił ukochaną żonę Penelopę i maleńkiego syna Telemacha. Opuścił małego chłopca, zamiast go wychowywać. Patrzeć jak jego syn staje się wojownikiem i wyrasta na następcę tronu.
Z dzisiejszej perspektywy, tak namalowany portret Odyseusza jest bardziej niż aktualny. Oglądamy współczesnego mężczyznę w drugiej połowie życia. Kogoś, kto po latach ślepej pogoni za sukcesem, pozycją czy sprostaniem narzuconym rolom społecznym, zatrzymuje się i patrzy wstecz z poczuciem ogromnego ciężaru. Często orientujemy się po czasie, że najcięższe boje toczyliśmy o sprawy błahe lub za sprawę innych ludzi. Pędzeni pychą, ambicją albo oczekiwaniami otoczenia.
Odyseja psychologii
Nolan pokazuje jednak coś niezwykle pięknego i uwalniającego. Wzruszyłem parę razy i pobudziłem emocje, których dawno u siebie już nie czułem. Te, które przebrzmiały wraz z latami wczesnej młodości. Refleksja i mądrość, które przychodzą z wiekiem, nie służą temu, by pogrążyć się w bezużytecznej rozpaczy nad „straconym czasem”. Żaden dzień nigdy nie jest stracony, jeśli ostatecznie doprowadzi nas do prawdy o sobie. Każda pomyłka, każdy zły wybór, każde złudzenie spalone pod murami Troi tworzyły tożsamość Odyseusza. Bez tamtego doświadczenia winy, bez błądzenia i rozczarowania, bohater nie byłby w stanie pojąć wartości spokoju, miłości i domowego bezpieczeństwa. Przeszłość ze wszystkimi swoimi cieniami okazuje się nieuniknionym stanem przejścia. Koniecznym progiem inicjacyjnym, przez który musi przejść każdy z nas, by stać się lepszym człowiekiem.
W historii literatury odnajdziemy wielu bohaterów, którzy przechodzili podobny proces rozliczenia i duchowej przebudowy. Myślę tu choćby o Piotrze Bezuchowie z „Wojny i pokoju” Lwa Tołstoja. Tym samym człowieku, który musiał przejść przez szaleństwo wojen. Pojmanie i bezsensowne porywy serca, by dopiero na zgliszczach starego świata pojąć, że proste, dojrzałe uczucie i spokój ducha są jedynym, o co warto zabiegać. Podobnie Piotr, jak i odnowiony Odyseusz Nolana, dochodzi do mądrości nie w zrywie młodości, ale po przejściu przez własne piekło.
Żądza odysei
Duński filozof, Søren Kierkegaard w swoim Dzienniku, sformułował słynną obserwację, która mogłaby służyć za motto filmu Nolana: „Życie można rozumieć tylko wstecz, ale żyć trzeba nim do przodu”.
Dokładnie o tym mówi nolanowska odyseja. Dopiero z perspektywy czasu, stojąc na brzegach nieznanych wysp, spotykając na swojej drodze demony. Jednooki bezmyślny cyklop albo syreny, które swoim śpiewem i obietnicą lepszego życia niczym gra w kasynie albo wpłaty na piramidy finansowe, wabiły naiwnych i żywiły się ich ciałami. Czarownice, przemieniające ludzi w to czym najbardziej nie chcieliby się stać. To czym są w swoich nietłumionych perwersjach i wstydzie się stają, gdy ktoś wyzwoli w nich nieposkromione, zwierzęce rządze. Odyseusz potrafi poprawnie odczytać znaczenie własnych decyzji. Gdyby próbował analizować swoje życie w trakcie walk pod Troją, widziałby tylko chaos i bieżącą konieczność. Dopiero powrót do domu, będący w istocie powrotem do samego siebie, pozwala ułożyć te klocki w spójną całość. Reżyser pokazał bowiem, że wojownik nie walczy z morzem, lecz z własną pychą i traumą.
Odyseja aktorów
Matt Damon w roli Odyseusza oraz Anne Hathaway, to absolutne gwiazdy „Odysei”. Oboje wiarygodni i prawdziwi jak Odyseusz i Penelopa w swojej miłości doprowadzonej do ostateczności i bez miejsca na margines. Z przyjemnością patrzyłem na Charlize Theron w roli Kalipso. Jest tak eteryczna, że już wiem dlaczego mogła zawładnąć umysłem króla Itaki na siedem lat. Tak samo jak współczesna kobieta, która samolubnie kocha. W końcu zaczyna rozumieć, że oszustwem i kłamstwem nie jest w stanie utrzymać przy sobie prawdziwego wojownika. Takiego, który nawet jeśli zabłądzi, to ostatecznie i tak „musi wyruszyć na Zachód po swoje przeznaczenie, do swojego prawdziwego świata”. U Nolana Kalipso nie uwalnia Odyseusza pod wpływem rozkazu Hermesa. Tylko, dlatego że jej wybranek odrzucając nieśmiertelność. Udowadnia, że nie ma dla niego nic ważniejszego niż miłość do Penelopy. Kalipso jest mądra, wie, że niewolnika nie będzie dobrego partnera na wieczność.
Pozostałe objawienia aktorskie, to istna, grecka orgia fatalnych decyzji. Jedyne, co tłumaczy producentkę i reżysera do takich wyborów, to pragnienie wypełnienia kina młodymi widzami. Tymi, którzy nie czytają i z niechęcią podchodzą w ogóle do wszystkiego przed erą Internetu. Stąd pewnie postawili na gwiazdy filmów, które nie dorównują do nadanej im postaci w ponadczasowej tragedii.
Grecka tragedia
Tom Holland w roli Telemacha, to połączenie ofermy z prymusem, w którego można uwierzyć, gdy wymachuje drewnianym mieczykiem. Tak, jakby bawił się w kolejne wcielenie spider-mana, ale gdy już dostaje prawdziwy żelazny miecz, jest gorzej. Robert Pattinson już w „Lighthhouse”, udowodnił, że jest idealnym wampirem z filmów dla chłopców w krótkich spodniach, ale od ról dramatycznych powinien trzymać się z daleka. Nawet jak umierał, to trudno było uwierzyć, że już nie żyje. Dokładnie tak jak z wampirami. On już chyba na stałe wkomponował się w całe uniwersum „Zmierzchu” na tyle mocno, że dopiero, kiedy uda mu się stamtąd wydostać w postaci człowieka, to może uwierzymy w jego aktorstwo. U Nolana trzeba wiedzieć jak umrzeć, aby wierzyć w ostateczność losu Antinoosa. Na koniec wisienka na torcie, za którą pewnie zostanę rozjechany przez fanów, tej aktorki. Naprawdę nie mogę pojąc fenomenu Zendayi.
Zendaya z Arrakis
Ta dziewczyna z każdą swoją kolejną rolą udowadnia, że aktorką można zostać zupełnie przypadkiem. Odnoszę wrażenie, że tak jak kilka innych młodych dziewczynek (podobnie zadziało się także na naszym rodzimym podwórku), tak i ona zdobyła popularność, potykając się o własne szczęście zagrania w odpowiednim serialu. Teraz już tylko odcina kupony od sukcesu „Euforii”. Tak, podkreślam, że miała po prostu dużo szczęścia, bo talentu to raczej ani ciut ciut. Nawet w niewielkiej roli Ateny u Nolana, jak zwykle wypada, jakby była ciągle była zmęczona. Zupełnie tak samo jak w ostatniej serii „euforycznej” narkomanki, która nie wie czego chce w życiu. Równie zmęczonej byciem żoną, pracą i wszystkim innym w roli Marie w filmie Sama Levinsona. Zmęczona życiem z tenisistą w „Challengers” oraz zmęczonej Chanii z Diuny. Swoją „grą aktorską”, tworzy najmniej ciekawy wątek w tej historii. Czytelnicy epopei z planety Arrakis wiedzą, jak bardzo ważną postacią jest fremeńska wojowniczka. Nie tylko dla samej opowieści, co przede wszystkim dla księcia Paula Atrydy. Na szczęście u Nolana jest jej tak mało, z jej nieustającym „zmęczeniem” na twarzy, że nie jest w stanie zepsuć nowej „Odysei”.
Na koniec chcę podkreślić, że Nolan stawia w swoim najnowszym filmie trafną diagnozę. Pełna mądrość wymaga czasu, cierpienia i odwagi do spojrzenia w promień własnej przeszłości. Nie ma drogi na skróty. Żeby pojąć, czym naprawdę jest dom i miłość, czasem trzeba najpierw przepłynąć własny ocean. Zrozumieć, że największym zwycięstwem Odyseusza nie było zburzenie Troi. Lecz odrzucenie miecza na rzecz cichego powrotu do tego, co naprawdę ważne.