PiS już miało plan, by uderzyć w rząd Tuska. Nagle wyskoczył zaskakujący problem. „Fajny pomysł, ale…”
PiS miało plan, jak uderzyć w rząd Donalda Tuska. Ale rozpadł się, bo w partii… nie potrafili się dogadać w kluczowej kwestii.
Mijają dwa lata od wyborów 15 października, w wyniku których PiS straciło władzę. Ta rana wciąż boli ekipę z Nowogrodzkiej, nic dziwnego, że w tę rocznicę Jarosław Kaczyński i spółka zmasowali swoje ataki. Ich kulminacją miało być złożenie wniosku o konstruktywne wotum nieufności dla rządu Donalda Tuska.
– Był taki pomysł – przyznaje w rozmowie z „Newsweekiem” osoba z kręgu Nowogrodzkiej. Jarosław Kaczyński miał dać temu planowi zielone światło. Nie byłby zresztą to pierwszy raz, gdy partia zastosowałaby taki manewr. Pamiętamy wszyscy rok 2013 i „premiera z tabletu” Piotra Glińskiego, którego wówczas PiS proponowało jako nowego szefa rządu. Wtedy wniosek o wotum nieufności dla rządu Tuska upadł w sejmowym głosowaniu. Teraz do głosowania nawet nie doszło, bo zabrakło porozumienia… w samym PiS.
Nie do przeskoczenia okazała się pewna przeszkoda – fakt, że we wniosku o wotum nieufności nazwisko proponowanego nowego premiera. No i tu jest problem, bo nie jest tajemnicą, że przy Nowogrodzkiej powstała cała kolejka chętnych do tego stanowiska.
– Trzeba zgłosić nazwisko kandydata na premiera. A nie było kandydata, który pogodziłby wszystkich w partii – przyznaje informator „Newsweeka”. – Problem się zrobił z tym, kto miałby być kandydatem. Fajny pomysł, ale nie było odpowiedniego kandydata – dodaje inny rozmówca.
Swoje ambicje ma Mateusz Morawiecki. Kilka tygodni temu spekulowano nawet, że Kaczyński jest skłonny wybrać go na premiera ewentualnego nowego rządu PiS. Potem jednak prezes PiS powiedział na antyemigranckiej manifestacji, że Przemysław Czarnek na pewno zostanie w przyszłości premierem. A swoje ambicje ma też Tobiasz Bocheński, który w mediach wprost oświadczył, że chciałby zostać szefem rządu.
No i nie udało się porozumieć w tej sprawie. Teoretycznie Kaczyński mógł po prostu wskazać premiera i każdy by się z tym zdaniem liczył, ale prezes zapewne uznał, że na to jeszcze za wcześnie. Innym rozwiązaniem byłoby znalezienie kogoś z zewnątrz (jak kiedyś Glińskiego), ale na to Kaczyński się nie zdecydował – dopiero co wynalazł prezydenta spoza partii, premier musi być już „wewnętrzny”.
Źródło: Newsweek