Grafolog sprawdzi pismo, które przesłał Romanowski? „Sprawdzamy czy to nie fejk”
screen / wPolsce24
Marcin Romanowski został namierzony przez list, który wysłał do sądu i osobiście podpisał. Tak przynajmniej zakłada prokuratura. Czy podpis uciekiniera będzie sprawdzony przez ekspertów?
Odnalazł się w Naddniestrzu
Sprawa Marcina Romanowskiego nabiera nowego wymiaru. Do Sądu Okręgowego w Warszawie trafił wniosek byłego wiceministra sprawiedliwości o wydanie listu żelaznego. Dokument miał zostać nadany w Tyraspolu, na terenie Naddniestrza, a pod pismem widnieje podpis imieniem i nazwiskiem Romanowskiego. Teraz śledczy mogą ewentualnie zweryfikować, czy dokument rzeczywiście pochodzi od poszukiwanego polityka.
Do sprawy odniósł się minister sprawiedliwości i prokurator generalny Waldemar Żurek. Jak przekazał, autentyczność pisma ma zostać sprawdzona. Minister mówił o konieczności ustalenia, czy dokument faktycznie został sporządzony i wysłany przez Romanowskiego. Wątpliwości dotyczą przede wszystkim podpisu oraz okoliczności nadania przesyłki. Z dokumentu i koperty wynika bowiem, że wniosek został wysłany z Tyraspola. Romanowski miał również wskazać w piśmie, że przebywa właśnie na terenie Naddniestrza.
Prokuratura Krajowa zachowuje ostrożność. Jej rzecznik, prok. Przemysław Nowak, poinformował, że pismo jest podpisane własnoręcznie imieniem i nazwiskiem Marcina Romanowskiego. Jednocześnie zaznaczył, że podpis nie był dotąd przedmiotem specjalistycznej opinii biegłego z zakresu pisma ręcznego. Według prokuratora podpis jest „podobny”, ale śledczy nie mają obecnie stuprocentowej pewności, że dokument rzeczywiście wysłał Romanowski. Prokuratura opiera się na zasadzie domniemania wiarygodności dokumentów, jednak dalsza weryfikacja może rozwiać pojawiające się wątpliwości.
Domniemanie autentyczności. Sprawa nie jest zamknięta
— Nie mamy oryginału wniosku i nie mamy powodu, żeby wątpić w jego autentyczność. Jeśli sąd ma ten dokument podpisany, to nie bada się z urzędu takiego dokumentu, muszą być przesłanki do zbadania. Nie ma decyzji w zakresie tego, czy będzie badany — przekazał „Faktowi” rzecznik Prokuratury Krajowej.
Pismo ma istotne znaczenie dla sytuacji Romanowskiego. Polityk zwrócił się o wydanie listu żelaznego, który pozwoliłby mu wrócić do Polski i odpowiadać przed sądem z wolnej stopy, przy spełnieniu określonych warunków. Na razie nie wiadomo więc, czy podpis pod dokumentem jest autentyczny. Odpowiedź ma przynieść weryfikacja przeprowadzona przez śledczych. Sam fakt, że prokuratura nie przesądza autentyczności podpisu, sprawia, że sprawa budzi dodatkowe emocje.
Sam to sobie zgotował
Marcin Romanowski, który od kilkunastu miesięcy ucieka przed polskim wymiarem sprawiedliwości właśnie się odnalazł. Co prawda polityk PiS nie wpadł jeszcze w ręce służb, ale… zgotował sobie taki los, że klękajcie narody. W środę 12 sierpnia przed południem RMF FM poinformowało, że uciekinier się odnalazł. Nie w Serbii, nie w klasztorze, nie w siedzibie Ordo Iuris. Polityk wybrał „wolność” w Mołdawii. I w bardzo specyficznym – tak to nazwijmy – regionie.
Wszystko stało się jasne listowi żelaznemu, o który wystąpił Marcin Romanowski. Widnieje na nim adres, który wiele wyjaśnia. „Poseł PiS zobowiązał się do osobistego stawiennictwa przed organami wymiaru sprawiedliwości pod warunkiem, że będzie odpowiadał z wolnej stopy. Na dokumencie widnieje jego adres. To Tyraspol, stolica Naddniestrza – nieuznawanego przez cywilizowany świat państwa wspieranego przez Rosję i słynącego z silnych nawiązań do czasów Związku Radzieckiego” – czytamy na stronie rmf24.pl.
Źródło: Fakt.pl