Polityka i społeczeństwo

Unia Europejska wybierze “Jałtę XXI wieku”? Polska i UE powinni wyciągnąć wnioski z sytuacji Kurdów w Syrii i działań USA

Fot. Shutterstock

Unia Europejska stoi dziś przed poważnym dylematem dyplomatycznym w obliczu tureckiej inwazji na terytoria Kurdów w północnej Syrii. Postawa Donalda Trumpa jak i bierność znacznej części państw i elit zachodu jest bowiem niczym innym jak Jałtą XXI wieku, kiedy to role walczących z III Rzeszą, ale już niepotrzebnych Polaków, dziś odgrywają Kurdowie, których przydatność dla USA upłynęła wraz z pokonaniem państwa islamskiego.

Sytuacja jest skandaliczna, ponieważ efektem działań Turcji ma nie być tylko przejęcie kontroli nad terytoriami kurdyjskimi, ale przede wszystkim eliminacja członków kurdyjskich organizacji na tych terenach i następne wynarodowienie kurdyjskich ziem w Syrii, osiedlając na nich ponad 2 mln uchodźców, którzy będą stanowili większość populacji regionu wobec 0,8 mln samych Kurdów. Ci ostatni walczą zatem dziś nie tylko o zachowanie ciężko wywalczonej od ISIS wolności, politycznej niezależności, ale także ocalenie swojej tożsamości i przetrwanie swojego kraju zanim sami staną się ponownie prześladowaną mniejszością. Na to ostatnie wskazują już działania bojówek syryjskiej opozycji, finansowej i szkolonej przez Turcję, a pełnej równocześnie radykalnych islamistów. Media już obiegła wieść o brutalnej egzekucji 9 cywilów przez tą grupę, o czym poinformowało Syryjskie Obserwatorium Praw Człowieka.

Równocześnie w wyniku tureckiej operacji do opuszczenia domów zmuszonych zostało już teraz ponad 191 tysięcy ludzi, a w walkach i bombardowaniach zginęło około 30 cywili i ponad 80 kurdyjskich żołnierzy.

Sytuacja w północnej Syrii staje się zatem kopią tego, co stało się po wkroczeniu Armii Czerwonej na tereny Polski. Ówczesny sojusznik USA i Wielkie Brytanii nie został potępiony za aresztowania, represje, czy zamykanie żołnierzy Armii Krajowej w uprzednich obozach koncentracyjnych. Sojusznicy Polski następnie zaakceptowali przejęcie naszego kraju w orbitę radzieckich wpływów, równocześnie zrzucając na lata ciężką zasłonę cenzury na doniesienia o represjach sowieckich wobec ludności polskiej.

Teraz zaś zamordowanych żołnierzy i cywili Turcy zwą zwyczajnie “terrorystami”. Retoryka Ankary jest bowiem kopią tej, którą przyjęła Moskwa 17 września 1939 roku. Sama ambasada Turcji w Polsce ogłosiła, że „Turcja nie »dokonuje inwazji« na terytorium północnej Syrii ani nie »atakuje« Kurdów. Prowadzimy operację wojskową w celu ochrony naszej granicy”, następnie zaś padają słowa będące kalką słynnej ochrony cywilnej ludności białoruskiej i ukraińskiej przez Armię Czerwoną, gdzie Turcja twierdzi, że „ochrona ludności cywilnej oraz cywilnej infrastruktury są dla nas najwyższym priorytetem”.

W kontekście całej sytuacji warto przypomnieć tylko, że turecki rząd jest polityczną kontynuacją władz, które odpowiadały za ludobójstwo ludności greckiej, ormiańskiej i asyryjskiej sto lat temu, w wyniku którego Turcja mogła zaanektować ¼ obecnego terytorium po wymordowaniu w wielu obszarach większości ich poprzednich mieszkańców. Tym wydarzeniom Ankara do dziś zaprzecza, używając swoich wpływów do wprowadzenia politycznej cenzury tych wydarzeń na całym świecie, czemu tchórzowsko nawet kolejni prezydenci USA ulegali do lat.

Dziś Unia Europejska stoi przed szantażem. Ankara od lat czuje słabość Unii, stosując coraz bardziej agresywne zagrania. W reakcji na inwazję kraje wspólnoty początkowo wyraziły swoje oburzenie, co spotkało się z szantażem, że Turcja naśle na granice kontynentu miliony uchodźców. W odpowiedzi Unia nie zdobyła się na żadną twardą reakcję, jedynie pojawiła się niemiecku propozycja zakazu eksportu broni do Turcji, co nie robi żadnego wrażenia, bo Ankara nie ma skrupułów kupować nowoczesną broń od Rosji, co zaprzepaściło ich kontrakt na amerykańskie F-35 po zakupie rosyjskich baterii przeciwlotniczych S-400.

Wszystko wskazuje dziś bowiem na to, że Bruksela i poszczególne rządy ograniczą się do wymiany wyrazów ubolewania i ewentualnie mało znaczących sankcji, co nie zmieni w niczym sytuacji. Fakt jest taki bowiem, że kryzys uchodźców nie zostałby zatrzymany bez przekupienia Ankary miliardami euro kilka lat temu. Przez ten czas Unia zaś nie zrobiła wiele, aby umocnić swoje granice. Jednak uległość wobec tureckiej dyktatury będzie miała i tak konsekwencje. Nie dość, że Bruksela po raz kolejny osłabi swój moralny autorytet do krytykowania choćby autorytarnych polityk niektórych krajów członkowskich. Bierność wobec bombardowań miast i masowych przymusowych przesiedleń nie będzie bowiem do obrony przy równoczesnym rozdzieraniu szat nad praworządnością w krajach Europy środkowo-wschodniej.

Równocześnie musimy liczyć się z kolejną bolesną konsekwencją – wznowieniem islamskiego terroryzmu. Tysiące terrorystów może uciec z kurdyjskich więzień, a kolejna wojna w Syrii po pierwszym okresie powrotu stabilności po latach krwawej konfrontacji może zacząć kolejną falę uchodźców. Europa musi stanąć przed pytaniem, czy chce, aby to inni decydowali o jej bezpieczeństwie. Donald Trump sam wskazał, że uciekający z więzień terroryści nie są problem, bo “i tak będą uciekać do Europy”. Musimy zdać sobie bowiem sprawę, że o ile sojusz z USA brzmi na papierze faktycznie pięknie, to jednak rzeczywistość jest bardziej skompilowana. Trump nie chce bowiem silnej Unii i pragnie osłabić gospodarczo nasz kontynent, a to oznacza konsekwencje dla naszego, uzależnionego od europejskiego rynku, wzoru gospodarczego. Sytuacja w Syrii to zatem kolejny przykład, że Europa musi zacząć prowadzić wspólną politykę zagraniczną i przestać liczyć na egoistycznych sojuszników.

Prawda jest bowiem taka, że Unia Europejska może zatrzymać atak Turcji na Syrię. Dla Ankary Wspólnota to prawie połowa rocznego eksportu i ⅔ przychodzących inwestycji bezpośrednich. Twarde sankcje Brukseli połączone z tożsamymi Ligii Arabskiej, która wyraziła chęć do takich kroków, oznaczają katastrofę gospodarcza nad Bosforem w ciągu kilku miesięcy bez nawet zbliżonych strat po stronie Unii. Prezydent Turcji czuje się jednak bezkarny, ponieważ widzi we Wspólnocie politycznego słabeusza, niezdolnego do tak twardej gry, wykorzystując niezdecydowanie demokracji jak wielu dyktatorów poprzednio.

Niestety bierność wobec autorytaryzmów zawsze kończy się narastającymi gwałtownie kosztami. Odkładanie poradzenia sobie z turecką autokracją może okazać się dla Europy bardzo bolesnym błędem.

Źródło: Dziennik.pl
Fot. Shutterstock/Evan El-Amin

Czytasz nas? Podobają Ci się zamieszczane przez nas treści?
Wesprzyj nas swoją wpłatą.
Wpłacając pomagasz budować Crowd Media – wolne media, które patrzą władzy na ręce.

WPŁAĆ

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Facebook Comments

Redakcja portalu CrowdMedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść artykułów nadesłanych przez użytkowników.

Media Tygodnia

Ładowanie