Kultura Sport

Sport nie potrzebuje scenarzysty. Rewelacyjny “Ostatni taniec” pokochają nie tylko fani koszykówki

Ostatni taniec
Flickr/mccarmona23

Mieszanka emocji i huśtawka nastrojów. Olbrzymie napięcie i nieoczekiwane zwroty akcji. Wyraziści bohaterowie i angażująca historia. To wszystko znajdziemy w „Ostatnim tańcu”. Rewelacyjny dokument o kulisach kariery Michaela Jordana pokazuje, że sport nie potrzebuje scenarzystów – sam pisze najlepsze historie.

„Ostatni taniec” bije rekordy popularności na Netfliksie. Na pierwszy rzut oka może to dziwić – wszak mowa o dziesięcioodcinkowym sportowym dokumencie. Z drugiej strony, jego bohaterem jest przecież Michael Jordan, globalna ikona nie tylko koszykówki, lecz także całego sportu. I gdy skuszony tym widz kliknie przycisk „play”, zostanie wciągnięty do reszty w świat Jordana, Chicago Bulls i lat 90. Do ostatniego odcinka. Do ostatniej syreny.

Tego Byka każdy zna

Sport nie potrzebuje scenarzysty. Sam pisze nieprawdopodobne, choć przecież prawdziwe, historie. I „Ostatni taniec” taką historię opowiada. To opowieść o karierze Michaela Jordana i jego wielkiej drużyny Chicago Bulls, która w ciągu ośmiu lat zdobyła sześć tytułów mistrzowskich NBA. Byki nigdy nie sięgnęły po triumf przed epoką Jordana, póki co nie wygrały też po jego odejściu. A Bulls z tamtego okresu zyskały miano najlepszej drużyny NBA wszech czasów.

Nie na wyrost – każdy, kto żył w latach 90., zna logo przedstawiające groźnego, czerwonego byka. Każdy wiedział, kim jest Michael Jordan. Jego kariera była bezprecedensowym przypadkiem wpływu jednego zawodnika na popularyzację całej dyscypliny. W skali świata. Nieprzypadkowo na tamten czas przypada największa popularność koszykówki w Polsce. Emocje z NBA przenosiliśmy na własne parkiety, na Świętą Wojnę Zepteru Śląska Wrocław i Anwilu Włocławek.

Wspominałem, że sport nie potrzebuje scenarzysty, ale pisane przezeń historie można opowiedzieć w lepszy czy gorszy sposób. ESPN, twórcy „Ostatniego tańca”, zrobili to po mistrzowsku. Ustawili akcenty w taki sposób, że oglądamy te dziesięć odcinków jak najlepszy fabularny serial, a po ich ukończeniu aż żal żegnać się z bohaterami.

Historia wielkiej dynastii

Na ekranie oglądamy karierę Jordana od samego początku po tytułowy, ostatni sezon w Chicago Bulls. To właśnie zmagania w sezonie 1997/98 są osią tej historii. Drużyna od początku wie, że to jej ostatni rok w tym składzie. Czy sięgnie po ostatni triumf? Pożegna się, będąc na szczycie? Odpowiedź na to pytanie przeplatana jest retrospekcjami, pokazującymi drogę Jordana i Bulls na koszykarski Olimp.

Taki sposób opowiadania to świetny zabieg – buduje dodatkowe napięcie i wzmaga ciekawość. Twórcy rewelacyjnie to sobie skomponowali. Mamy trudną drogę na szczyt (walka o pierwszy tytuł i zdobycie kolejnych), upadek (odejście Jordana i utrata mistrzostwa) i walkę o ostateczne zwycięstwo. Dodatkowo podkreślona jest rywalizacja z lokalnym rywalem, Detroit Pistons, a w roli antagonisty kreowany jest manager zespołu Jerry Krause. To on zdecydował, że niezależnie od wyniku Bulls pożegnają legendarnego trenera Phila Jacksona i przebudują mistrzowski zespół.

Czy sprawiedliwie? Trudno powiedzieć. Sam Krause zmarł w 2017 roku, więc widzimy tylko jego archiwalne wypowiedzi. Ale trzeba przyznać, że twórcy serialu zadbali o mnogość spojrzeń. Oczywiście sam Jordan trzyma pieczę nad całością (co jest jednym z większych zarzutów wobec produkcji) i to do niego należy ostatnie słowo w każdym temacie, lecz do udziału zaproszono wielu jego rywali z parkietu. Przed kamerami zebrano prawdziwy dream team – usłyszymy, co maja do powiedzenia Isaiah Thomas, Magic Johnson, Patrick Ewing, Larry Bird czy Kobe Bryant, a także Barack Obama czy Spike Lee. Wspólną grę z Jordanem wspominają między innymi Scottie Pippen, Denis Rodman, Steve Kerr i trener Phil Jackson.

Jordan daje, Jordan wymaga

Nie zawsze są to wspomnienia przyjemne. Jordan objawia się tu jako człowiek chorobliwie ambitny, wręcz chory na wygrywanie. Gracz bardzo wymagający, który nie toleruje lekceważenia i wymaga od kolegów z zespołu maksymalnego poświęcenia. Widzimy, że gwiazdor był uzależniony od rywalizacji, wciąż starał się udowodnić, że jest najlepszy. Wielokrotnie powtarza się schemat, gdy lekceważąca uwaga rywala mobilizuje go do jeszcze lepszej gry. Sam Jordan wcale nie ucieka od zarzutów, że był trudnym kolegą z boiska. Tłumaczy, że to była cena wielkości. Gdyby nie dążenie do perfekcji, której gwiazdor wymagał od kolegów, zespół nigdy nie osiągnąłby legendarnego statusu. I przypomina, że to on sam płacił najwięcej – to on był na świeczniku, to jego każdy krok był śledzony przez dziennikarzy, to za nim podążały tłumy fanów.

Ta „jordanocentryczność” i fakt, że to główny bohater pointuje wszystkie, również niewygodne dla siebie (hazard) wątki, często wymienia się wśród minusów produkcji. Myślę, że może to być minus przede wszystkim dla fanów koszykówki, którzy historię opowiedzianą w „Tańcu” znają doskonale. Dla mnie, który tak szczegółowej wiedzy o dziejach NBA nie ma, to była fascynująca opowieść, znakomicie zilustrowana starymi zdjęciami.

Dołączyć do kolejnego tańca

Wypowiedzi bohaterów są bowiem umieszczane w kontekście nagrań archiwalnych, których tutaj oglądamy mnóstwo. Chicago Bulls w ich ostatnim wielkim sezonie towarzyszyła bowiem ekipa filmowa. Teraz wszystkie materiały zostały wykorzystane w najlepszy możliwy sposób. Twórcy wykonali tytaniczną pracę, by wyselekcjonować najlepsze momenty i zmontować z nich emocjonujące sekwencje. Wspomnienia bohaterów połączone z archiwami tworzą niesamowity efekt. W wielu momentach naprawdę czuć dreszcz, wiele jest wzruszających – myślę, że przyznają to też osoby, które na codzień nie interesują się sportem. Pod względem budowy emocji „Ostatni taniec” jest majstersztykiem.

Michael Jordan i Chicago Bulls to ikony popkultury lat 90. „Ostatni taniec” pozwala zajrzeć za kulisty tego fenomenu. A przy tym perfekcyjnie ukazuje piękno sportu, wzruszenia i emocje, które ten gwarantuje. A po seansie rozejrzyjmy się wkoło. Może podobny taniec rozgrywa nasza lokalna drużyna? W sporcie pomysłu na fabuły nie zabraknie.

Czytasz nas? Podobają Ci się zamieszczane przez nas treści?
Wesprzyj nas swoją wpłatą.
Wpłacając pomagasz budować Crowd Media – wolne media, które patrzą władzy na ręce.

WPŁAĆ

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Facebook Comments

Redakcja portalu CrowdMedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść artykułów nadesłanych przez użytkowników.
Media Tygodnia
Ładowanie