Kultura Po godzinach

“Sonata” polskiego kina. Recenzja filmu Bartosza Blaschke

„Sonata” to nie jest film o niepełnosprawnym, który okazał się znakomitym muzykiem. To przede wszystkim film o dążeniu do normalności w życiu oraz opowieść o ludziach, którzy pomogli w tym dążeniu. Niektórzy okazali się na to zbyt słabi, ale to też zostało pięknie przedstawione. W „Sonacie” Bartosza Blaschke bowiem nie ma złych bohaterów.

Niepełnosprawność, czy raczej rodzaj inności od powszechnie stosowanej normy dla zdrowego fizycznie i psychicznie człowieka, dobrze się sprzedaje w kinie.

Gdy, jeszcze ten nie do końca mieszczący się w normach bohater, okazuje się artystą albo wybitnym naukowcem, to sukces wydaje się gwarantowany. Przynajmniej ten kasowy.

Istnieje w społeczności kinowych widzów jakiś rodzaj mniej lub bardziej uświadomionego mitu, że ludzie z ułomnością mają często wybitne uzdolnienia. Wierzymy, że schizofrenia, bordeline albo zaburzenia autystyczne to rodzaj nieprawidłowości umysłowych, które mogą wyzwolić nienaturalnie wielką kreatywność, ujawnić jakieś talenty i prowokować do tworzenia wielkich dzieł. Taki bohater z zaburzeniami staje się bardziej wiarygodny i zarazem ciekawszy. Do tego jeszcze, jeśli zobrazujemy historię o całkiem prawdziwym człowieku, to jest szansa na wielkie otwarcie walizki z Oscarami.

Autorzy czerpią z tego rodzaju fantazji całymi garściami. Przeinaczając niekiedy fakty i prezentując wydarzenia zupełnie inaczej, niż miały miejsce w rzeczywistości. Po prostu żeby bardziej pasowały do ckliwej historii. Rzeczywistość bowiem jest często przykra i smutna, a smutek jest często spowszedniały i banalny. Parafrazując pewne powiedzenie Georga Hegela, niemieckiego filozofa, jeśli fakty nie pasują do naszej opowieści, to tym gorzej dla faktów. No, bo czyż Mozart mógł być zupełnie normalny, aby tworzyć tak cudowną muzykę? Jeśli nawet nie chory albo zaburzony, to przynajmniej trochę dziwny.

Paradoks polega na tym, że szaleństwo, a przynajmniej odrobina wariactwa, dodaje postaciom oryginalności, ale też autentyczności, a zatem są one bardziej wiarygodne. Wystarczy wymienić tylko kilka. „Moja lewa stopa”, w reżyserii Jim’ego Sheridan’a, o sparaliżowanym artyście, który maluje obrazy, używając tylko lewej stopy. To opowieść o Christy Brown’ie (w znakomitej roli Daniel Day-Lewis), który przychodzi na świat w 1932 roku w Dublinie. Otrzymał dwa Oscary. Następnie „Piękny umysł” o genialnym matematyku Johnie Nash’u (Russell Crowe), chorym na schizofrenię, w reżyserii Rona Howard’a. Cztery Oscary. I „Teoria wszystkiego”, Jamesha Marsh’a o geniuszu fizyki Stephenie Hawking’u (w znakomitej kreacji Eddiego Redmayna), którego życie zdominowała ciężka choroba, wypaczająca jego fizyczność – jeden Oscar.

Może dlatego twórcy tego rodzaju kompozycji filmowych chętnie sięgają także po wymyślonych bohaterów. Na tyle ułomnych, aby mogli zawładnąć wyobraźnią widzów nie tylko swoją historią, ale też jakimś rodzajem tragedii, która ich dotknęła. Na przykład „Rain Man”, Barrego Levinson’a z tytułowym odtwórcą Dastinem Hoffmanem, który gra autystycznego bohatera. Jego olbrzymie zdolności w liczeniu w pamięci, pozwalają wybawić opiekującego się nim brata z poważnych kłopotów finansowych. Niby tkliwa hollywoodzka historia, ale według akademii zasłużyła na 4 Oscary. „Buntownik z wyboru” Gusa Vant Santa, historia matematycznego geniusza bez wykształcenia (Matt Damon), który nie tylko pozbawił złudzeń „wielkich” matematyków co do tego, że są wielcy, ale też nauczył się kochać – dwa Oscary. No i oczywiście już stała pozycja w historii światowego kina, „Forrest Gump”, Roberta Zemeckis’a (w tytułowej odsłonie Tom Hanks). Opowieść o chłopaku, który mimo mocno obniżonej inteligencji i niedowładzie nóg, zostaje nie tylko fenomenalnym biegaczem i mistrzem ping-ponga, ale do tego odznaczonym bohaterem wojennym, miliarderem i przede wszystkim najwspanialszym ojcem na świecie. Sześć Oscarów!

Dlatego z niedowierzaniem przyjąłem wiadomość, że na Festiwalu Filmowym w Gdyni, poza nagrodami za kreacje aktorskie, „Sonata” nie przywiozła żadnego innego trofeum. Nie pastwię się nad filmem o zaburzonym chłopaku i nie dworuję sobie z faktu, że w Polsce filmy z niepełnosprawnymi bohaterami są inaczej oceniane niż te na świecie. Nie o to w tym chodzi. Ten film po prostu jest naprawdę bardzo dobry. Sława tego obrazu wyprzedzała go jeszcze przed momentem, gdy został poddany pod osąd jury w Gdyni. Zachwyt wtajemniczonych, którzy mogli go zobaczyć wcześniej, a później jeszcze owacje gdyńskich widzów po pierwszych pokazach, rozpraszały jakiekolwiek wątpliwości, że to właśnie będzie gdyński zwycięzca. Wcale nie dlatego, że jest taki wyjątkowy, ale po prostu dlatego, że jest taki prosty i zarazem piękny. Pozbawiony nieprawdy, która mogła podbić poprzeczkę fabularnej atrakcyjności. Szczery do bólu i bez specjalnie tkliwych scen, a mimo to łza kręciła mi się nie raz.

Jeszcze przed wejściem do sali kinowej przyszedł mi do głowy „Solista” Joe’go Wright’a. Prawdziwa historia uzdolnionego wiolonczelisty (w roli Jammie Foxx’a), który zapada na schizofrenię i staje się bezdomny. I byłem przepełniony obawami, czy Bartosz Blaschke, reżyser i scenarzysta „Sonaty”, nie pójdzie tą drogą. Usianą komercyjną tkliwością fabuły, która bywa w takich sytuacjach nie do strawienia, ale daje pewność frekwencyjnego zwycięstwa. Na szczęście jest inaczej. Film jest piękny, bo ma w sobie ogromny szczery ładunek rozterek, walki i bólu.

Historia chłopaka, który mimo niedosłuchu, chce zostać muzykiem. To już samo w sobie jest kompletnie niedorzeczne, a więc nadaje się doskonale na film. On chce grać, bo mimo niedostatków intelektualnych, które ograniczają mu relacje z innymi, muzyka pozwala mu na cudowny kontakt nie tylko z ludźmi, ale z całym światem. To nie jest opowieść o geniuszu muzycznym, ale o wielkim wewnętrznym cierpieniu i zmaganiu się z rzeczywistością. Z ograniczeniami, z ludźmi, którzy balansują na granicy prawidłowej i nieprawidłowej diagnozy. Z tymi, którzy go nie rozumieją i tymi, którzy chcieliby zrozumieć, ale nie potrafią. Z rodzicami, obwiniającymi się za jego kalectwo i balansującymi nad przepaścią braku sił w walce o swoje dziecko. Jednak przede wszystkim to prawdziwa opowieść o nim samym. O Grzegorzu Płonce, który uciekł w swój świat, gdy ludzie dookoła zaczęli traktować go jak kretyna. Przez swój upór, konsekwencję i wiarę jego rodziców, udało mu się wyjść z cienia ograniczeń. Tych spowodowanych złymi diagnozami lekarzy i pedagogów. Ocenami, które kwalifikując go do grona ludzi ułomnych, ograniczyły mu dostęp do nauki i do rozwoju mowy, słuchu i przede wszystkim własnych emocji. System skazał go na niebyt, bo odbiegał od normy. Jakiej? Trudno powiedzieć niewykształconemu psychologicznie, psychiatrycznie i w ogóle kierunkowo widzowi. To są normy, o których decyduje grono urzędników systemu i przyjmuje kryteria takie same, jak pewnie wielu z nas, że jest inny, że jest odmienny, że nie stoi w szeregu sformatowany jak każdy inny uczeń. Oczywiście oprócz takich ludzi, jak rodzice Grzegorza.

To film nie tylko o chłopaku, który postanowił, że zostanie muzykiem wbrew wszelkim przeciwnościom losu. To też film o jego rodzicach i ludziach, którzy wyciągnęli do niego pomocną dłoń. To nie jest przelukrowany obrazek cudownych, wewnętrznie pięknych osób, których drogi życiowe skrzyżowały się z wrażliwym, nie w pełni rozwiniętym umysłowo chłopakiem. To pokaz trudnej relacji, gdy wysiada cierpliwość, gdy wydaje się, że jednak trzeba odpuścić, gdy w beznadziejności sytuacji człowiek wychodzi trzaskając drzwiami. I to nie jest Grzegorz, choć jak się ogląda film, to widać i przede wszystkim słychać, że trzasnąć drzwiami też potrafi. To jest też o ludziach i ich bezsilności, gdy ciężko przekroczyć barierę, która w relacji z osobami nie w pełni normatywnymi medycznie, jest inna, trudniejsza i wymagająca. Czego? Wszystkiego. Czasu, wytrwałości w dążeniu do celu, wyrozumiałości i spokoju, a przede wszystkim zrozumienia. Ten film ukazuje, ile potrzeba cierpliwości i poświęcenia, by zajrzeć do wnętrza osób, która żyją w swoim świecie.


Czytasz nas? Podobają Ci się zamieszczane przez nas treści?
Wesprzyj nas swoją wpłatą.
Wpłacając pomagasz budować Crowd Media – wolne media, które patrzą władzy na ręce.

WPŁAĆ

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Facebook Comments

Redakcja portalu CrowdMedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść artykułów nadesłanych przez użytkowników.
Media Tygodnia
Ładowanie