Polityka i społeczeństwo

Robert Biedroń zszokował wszystkich. Polityk niebezpiecznie zbliża się do partii Kaczyńskiego

Robert Biedroń zaczyna właśnie wyścig na populistyczne obietnice z Prawem i Sprawiedliwością. Wielka “burza mózgów” polityka zdaje się bowiem przynosić bardzo słaby deszcz, ponieważ kolejne prezentowane pomysły budzą rosnące zdziwienie. Słuchanie głosu obywateli zdaje się bowiem stawać pretekstem do unikania zaprezentowania spójnej wizji Polski, za którą polityk wziąłby autorską odpowiedzialność. Reprezentatywność uczestników spotkań z Biedroniem w kontekście realnych potrzeb Polaków można bowiem z czysto socjologicznego i naukowego punktu widzenia włożyć miedzy bajki, ponieważ ma ona wartość porównywalną z opiniami uczestników klubów “Gazety Polskiej” – prezentuje opinie wąskiej grupy elektoratu zaangażowanego. Jednak nie o tym ostatnim będzie poniższy artykuł. O wiele bardziej istotny staje się bowiem absurd rozwiązań proponowanych przez sztab Roberta Biedronia. Za jaskrawy przykład mogą posłużyć tu najnowsze zapowiedzi w rozmowie z PAP szefa zespołu programowego inicjatywy – Dariusza Standerskiego.

Jak ruch Biedronia widzi Polskę? Otóż bardzo podobnie do PiS. Nowa jakość na polskiej scenie politycznej sięga po zgrane przez PiS schematy konfrontacji zapomnianych- małych i uprzywilejowywanych- dużych miejscowości. Politycy nie myślą o tym, z czego wynikają procesy gospodarcze warunkujące różnice zamożności regionów, ale zamiast tego próbują zarzucić wyborców populistycznymi obietnicami zmiany, której bez szkód dla rozwoju państwa nie są w stanie zagwarantować.

Ratunkiem na różnice zamożności regionów nie mają być bowiem reformy gospodarcze, które dadzą wiatr w żagle gospodarce także słabszych regionów, nie ma tu wizji wykorzystania atutów biedniejszych regionów – dziedzictwa kulturowego czy naturalnego, które mogą pozwolić zyskać nisze do tworzenia dobrze płatnych miejsc pracy. Zamiast tego różnice w zamożności należy zakopywać… przenosząc urzędy!

Dariusz Standerski ogłosił, że “Wykorzystamy każdą możliwość sprawnego przeniesienia urzędów centralnych poza Warszawę”. Zdaniem polityka instytucje te mogłyby trafić do miast takich jak Stargard, Zamość, Zielona Góra, Piła czy Ostrołęka. Towarzyszyć ma temu także likwidacja części instytucji działających na poziomie centralnym, m.in. Polskiej Fundacji Narodowej i przekazania ich zadań samorządom. Priorytetem ma być także wyrównanie zarobków kobiet i mężczyzn w oparciu o standardy islandzkie – wysokich kar dla firm z podwójnymi standardami wynagrodzeń w zależności od płci na tych samych stanowiskach. Do tego dołączono obietnice utworzenia 200 tys. wysokopłatnych miejsc pracy w wyniku całkowitego odejścia od węgla na rzecz odnawialnych źródeł energii. Zapowiedziano także zmiany w podatku PIT w postaci… jego uszczelniania, czyli powrotu do jego progresywności. Dla części z nas powyższe postulaty mogą brzmieć całkiem dobrze i przekonująco, jednak są niestety populistycznym mydleniem oczu na poziomie analogicznym do słynnej “5-tki Morawieckiego”.

Zacznijmy od przenoszenia urzędów (w tym ministerstw), które ma stać się metodą na wyjście z dołka dawnych miast wojewódzkich. Warto na początek zadać sobie pytanie, po co jest nam potrzebna administracja i co dziś jest jej największym problemem. Czy odpowiedzią na powyższe będzie położenie urzędów w stolicy, a receptą stworzenie z administracji formy transferu socjalnego, swoistych socjalnych miejsc pracy w podupadających gminach? Czy może potrzebujemy urzędników, aby tworzyli dobre, wspierające rozwój regulacje i dbali o przestrzeganie prawa, w tym podatkowego, ale w najmniej szkodliwy dla pracowników i pracodawców sposób? Czy w końcu problemem administracji są może Misiewicze i wszechobecna nieudolność i niekompetencja?

To, czy przeniesienie urzędów do małych miast rozwiąże powyższe problemy, jest retoryczne. Niestety, jest nawet gorzej, ponieważ taki ruch uderzy często w ich funkcjonalność. Wiele centralnych urzędów jest w stałym kontakcie z naukowcami, przedsiębiorcami, politykami. W przypadku dobrze skomunikowanej z resztą kraju stolicy, dostęp wszystkich obywateli do choćby wymienionego przez Standerskiego Urzędu Patentowego jest względnie równy. Czy sytuacja będzie taka sama, jeśli przeniesiemy instytucje do np. Zielonej Góry? Czy osoby korzystające z tego podmiotu będą z tej zmiany zadowolone, czy może sztabowcy Biedronia nie biorą pod uwagę, że urzędy są dla ludzi, którzy z nich korzystają, a nie dla tworzenia miejsc pracy w danej społeczności?

Prawda, którą Biedroń dokładnie jak PiS neguje, jest taka, że życie biznesowe i naukowe koncentruje się w dużych miastach (naturalne prawo ekonomii skali), zatem instytucje skierowane do tej grupy odbiorczej powinny być umiejscowione tam, gdzie zapewnią najłatwiejszy dostęp grupom, które obsługują. Umiejscawianie na mapie instytucji w oderwaniu od ich beneficjentów jest przykładem centralnego planowania, które zrujnowało PRL i w którego ślady dziś idzie PiS.

Równie kuriozalne jest założenie, że nastąpi likwidacja części instytucji działających na poziomie centralnym, m.in. Polskiej Fundacji Narodowej i przekazania ich zadań samorządom. Po pierwsze, PFN nie jest instytucją centralną finansowaną z budżetu, co z miejsca budzi wątpliwości co do rozeznania sztabu Biedronia w temacie. O wiele większym problemem jest jednak brak refleksji o skuteczności działań na różnych szczeblach. Dzisiejszy świat to pole olbrzymich fuzji – banki, korporacje, koncerny samochodowe łączą się w olbrzymie podmioty, a wszystko w celu obniżania kosztów i zwiększenia zasięgu działania. Prawda jest taka, że o wiele łatwiej jest np. wypromować Polskę jako cel turystyczny z poziomu jednej instytucji centralnej, niż prowadzić kilkadziesiąt małych kampanii promujących Wrocław, Kraków, czy Tatry. To elementarz ekonomii. Tym zaś, co warunkuje brak efektów centralnych podmiotów, to ich nieudolność zarządzania, która jednak wbrew tezom ruchu jest głęboko zakorzeniona również w samorządach.

Równość płac jest, wydawałoby się, dobrym postulatem, ale i tutaj Biedroń strzela w przysłowiowe kolano. Polska jest jednym z krajów Unii Europejskiej, który ma najmniejszą lukę w wysokości wynagrodzeń kobiet i mężczyzn. W 2016 roku było to 7,2%, w Niemczech 21,5%, Francji 15,2%, Wielkiej Brytanii 21%, a tak stawianej za wzór Szwecji 13,3%. Problem nie leży bowiem w Polsce w dyskryminacji płacowej, co samej dyskryminacji na rynku pracy. Aktywność zawodowa kobiet jest u nas w ogonie Europy i tu leży największe wyzwanie, aby kobiety mogły godzić życie rodzinne i zawodowe oraz posiadały maksymalną ekonomiczną niezależność. Strategiczne jest także ułatwianie powrotu na rynek pracy po okresie urlopu macierzyńskiego. Tu trzeba przyznać Biedroniowi, że do tematyki np. żłobków publicznie się parokrotnie odnosił. Warto jednak na marginesie dodać, że kłamstwem jest teza, że wariant islandzki zlikwiduje różnice wynagrodzeń. Dziś nie wynika ona bowiem głównie z dyskryminacji w Polsce, ale różnicy struktury zajmowanych miejsc pracy przez kobiety i mężczyzn. Po prostu jest więcej mężczyzn w lepiej płatnych zawodach i tego islandzkie prawo nawet nie dotknie. To jest obszar, gdzie działa się poprzez kompleksowe inwestycje w system edukacji, aby dać obywatelom maksymalne możliwości samorozwoju.

Do postulatu odchodzenia od węgla trudno się w pełni nie przychylić, jednak mówiąc o całkowitej rezygnacji do już 2035 roku obóz Biedronia manipuluje danymi. Górnictwo stało się kozłem ofiarnym narracji politycznej polityka, ponieważ wbrew wypowiedziom Roberta Biedronia i jego ludzi, to nie elektrownie węglowe zabijają tysiące Polaków rocznie, a stare piece – “kopciuchy”, które i tak zastępowane dziś są… elektrociepłowniami na węgiel kamienny lub piecami na gaz. Tradycyjna energetyka niszczy klimat, ale względem jakości zdrowia Polaków jej znaczenie jest jednak marginalne. Biedroń także nie odpowiedział na pytanie, tak jak z resztą jeszcze żaden z ekspertów, jak ustabilizować radykalnie wahające się zależne od pogody i pory roku podaże energii w energetyce w 100% odnawialnej. Pada nawet deklaracja, że odejście od węgla to powstanie 200 000 wysoko płatnych miejsc pracy w gospodarce. Innymi słowy jednak Biedroń obiecuje, że w rachunkach za prąd każdy z nas zrzuci się na 200 000 wysokopłatnych miejsc pracy. Logika gospodarcza potrafi radykalnie zmienić znaczenie sloganów politycznych. Polityk zdaje się nie zauważać, jak trudnym procesem jest transformacja energetyczna, pokazując ignorancję podobną do PiS-u, ale po prostu w odwrotnym kierunku.

Największym kuriozum w postulatach przestawionych przez Dariusza Standerskiego jest “uszczelnianie” podatku PIT. Politycy tym ruchem wzięli bowiem kurs “cała naprzód” na istne Himalaje populizmu. Problemem dla szefa zespołu programowego jest fakt, że drugą stawkę podatku PIT płaci tylko 3 proc. podatników. Szczegółem jest tutaj, że jest to możliwe tylko dlatego, że powyżej kolejnego progu podatkowego bardziej opłaca się założyć działalność gospodarczą, która ma liniowy 19% PIT. Próba walki z omijaniem wyższej stawki PIT oznaczałaby uderzenie w firmy, ponieważ nie da się tu jednoznacznie odsiać prowadzenia prawdziwej działalności od próby optymalizacji podatkowej. PiS zresztą w podobnych tonach walczył z tą różnicą, że w kwestii likwidacji limitu składek na ZUS. Tym zaś czego usilnie ruch nie chce uznać jest fakt, że opodatkowanie najniższych wynagrodzeń jest dziś w Polsce proporcjonalnie najwyższe. Polityka równościowa powinna skupiać się przede wszystkim na ulżeniu najuboższym, a nie bezskutecznym gonieniu milionerów, którego skutecznie nie potrafiła przeprowadzić nawet Francja ze swoim podatkiem od najbogatszych.

Celem powyższej analizy nie jest dyskredytacja Biedronia na tle jego konkurentów. Jednak tak przez wielu idealizowany wizerunek nowej jakości wymaga odbrązowienia. Robert Biedroń siedzi w polityce od lat i sięga po te same populistyczne chwyty, co jego konkurenci i poprzednie “nowe jakości”, szczególnie zaś Nowoczesna, której marki twórcy dziś pomagają Biedroniowi. Niestety program polityka na dziś nie jest merytoryczną ofertą dla Polaków, ale kolejną medialną wydmuszką, która w swojej treści opiera się na pięknych sloganach, ale ignoruje prawdziwe źródła problemów społecznych w Polsce. Niestety w tym ostatnim polityk zaczyna mocno ścigać się z partią rządzącą.

 

fot. By Adrian GrycukMarek Szandurski

 

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Facebook Comments

Czytasz nas? Podobają Ci się zamieszczane przez nas treści?
Wesprzyj nas swoją wpłatą.
Wpłacając pomagasz budować Crowd Media - wolne media, które patrzą władzy na ręce.

WPŁAĆ

Redakcja portalu CrowdMedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść artykułów nadesłanych przez użytkowników.

Media Tygodnia

Ładowanie