Gospodarka

Pułapka demograficzna, czyli Polska na równi pochyłej

Nie ekspansja Rosji, nie imigranci, ale nieuchronnie nadchodzący kryzys demograficzny będzie największym wyzwaniem przed jakim stanie Polska w XXI wieku. Od lat wiadomo, że sytuacja w naszym kraju pod tym kątem należy do najbardziej dramatycznych w Europie, mimo to nasi rządzący zdają się problemu nie zauważać. Obniżenie wieku emerytalnego jest decyzją wyjątkową w skali naszego kontynentu, gdzie głośno mówi się o konieczności jego ciągłego podwyższania. Rodzi się pytanie, czy państwo polskie jest w stanie zareagować na nadchodzące wyzwanie i uniknąć gospodarczo-społecznej katastrofy?

Kryzys demograficzny w Polsce i Europie wynika z wieloletniego spadku liczby urodzeń, który od dawna niebezpiecznie odbiega od poziomu pozwalającego na tzw. “zastępowalność pokoleń”. Oznacza to, że każde kolejne pokolenie będzie mniej liczne od poprzedniego. Aby lepiej to sobie uzmysłowić, wyobraźmy sobie, że aby liczba ludności pozostała stabilna, to statystycznie każda para powinna mieć 2,13 dziecka (0,13 wynika ze zgonów przedwczesnych osób, które nie zdążyły założyć rodziny). Obecnie w Polsce ten wskaźnik wynosi zaledwie 1,31 i w skali Unii Europejskiej wyprzedzamy tylko pojedyncze kraje jak Portugalia (1,21) i Hiszpania (1,27). Dla porównania, dzietność we Francji wynosi 2,0 (nawet jeśli uwzględnimy tylko rdzennych Francuzów to 1,7), a w Wielkiej Brytanii 1,92.

Obecnie mamy nawet niższą dzietność niż Chiny, które były słynne z restrykcyjnej polityki jednego dziecka.

Te liczby wydadzą się mniej abstrakcyjne, jeśli prześledzimy liczbę urodzeń na przestrzeni lat. Jeszcze na początku lat 80-tych w Polsce rodziło się ponad 700 tys. dzieci rocznie. Następnie ta liczba zaczęła spadać. W 1990 r. zeszła poniżej zastępowalności pokoleń i na początku XXI wieku wynosiła zaledwie 360-380 tysięcy. Po roku 2006 doszło do lekkiego odbicia, przez co liczba urodzeń przekroczyła ponownie 400 tys, czemu towarzyszyła medialna otoczka, że w kraju zapanował “baby boom”. Żadnego boomu niestety nie było, ponieważ przepełnienie porodówek wynikało z wieloletnich cięć budżetowych i wtórnego niedoboru placówek oraz personelu, a nie dobrej sytuacji demograficznej. Obecnie notujemy ponowną tendencję spadkową w liczbie urodzeń.

Biorąc pod uwagę powyższe liczby, musimy sobie uzmysłowić, że obecny, zrównoważony wokół zera przyrost naturalny fałszuje obraz rzeczywistości, ponieważ tylko z powodu wydłużania się długości życia, urodzenia są w stanie równoważyć liczbę zgonów. W perspektywie lat obecne pokolenie w wieku pracującym, które liczy 500-800 tysięcy osób w każdym roczniku, zostanie zastąpione przez zaledwie 350-400 tys osób.

Od wejścia do Unii Europejskiej sytuacja zaczęła się pogarszać o kolejny czynnik – emigrację.

Z Polski wyjechały setki tysięcy ludzi, głównie młodych, którzy nie założą rodziny ani nie zapłacą podatków w Polsce, co jeszcze bardziej pogorszy trendy demograficzne. Co więcej, sytuacja gospodarcza nie poprawia się wystarczająco szybko, aby zatrzymać kolejnych absolwentów, dlatego końca emigracji nie ma co się szybko spodziewać.

W naszej debacie publicznej problemy demograficzne poruszane są tylko w kontekście wieku emerytalnego, co ledwie dotyka konsekwencji starzenia się społeczeństwa.

Dzieje się tak, ponieważ kluczowym problemem nie jest rosnąca liczba emerytów, ale malejąca liczba osób pracujących. Przełoży się to na mniejsze wpływy do budżetu jako całości, co oznacza, że nie będzie możliwe skompensowanie wydatków emerytalnych z innych źródeł. Pojawią się problemy finansowe we wszystkich obszarach usług publicznych. Co więcej, tak jak starzenie się społeczeństwa prowadzi do bankructwa ZUS, to w równym stopniu doprowadzi do załamania się systemu ochrony zdrowia. Już obecnie zdecydowana większość środków NFZ idzie na leczenie osób starszych, a system jest na tym polu niedofinansowany. Do tego warto dodać, że kolejne rządy robią co mogą aby zniechęcić absolwentów kierunków medycznych do pracy w Polsce, dlatego wkrótce okaże się, że nie będzie komu leczyć nowych rzeszy emerytów.

Znając mentalność naszych elit rządzących może dojść do zjawiska pętli zwrotnej. Z powodu niedoboru środków rządy będą zwiększały podatki, co wywoła presję finansowa na młodych, jeszcze bardziej zniechęcając ich do posiadania dzieci, albo wręcz zachęcając do emigracji. W efekcie przychody spadną jeszcze bardziej.

Co zatem powinniśmy zrobić?

Rząd nie musi być w tej sytuacji bezczynny. Jest szereg narzędzi, które mogą wpłynąć na poprawę sytuacji teraz, zanim odczujemy pełne skutki już dokonanych zmian w demografii.

W Polsce obok obserwowanych w skali Europy zmian w stylu życia, kluczową kwestią zmniejszającą dzietność jest niepewność finansowa młodych rodzin.  Bez zwiększenia dochodów Polaków żadne inne kroki nie przyniosą skutku, ponieważ wszelkie próby dokonania transferów socjalnych na wielką skalę, doprowadzą tylko do większego obciążenia gospodarki i nasilenia emigracji, która zniweczy efekty wprowadzanych polityk. Można to porównać do dolewania wody do dziurawego wiadra. Na takiej zasadzie działa obecny program 500+, który jest narzędziem, które może pomóc, ale dopiero wtedy, kiedy osiągniemy poziom dochodów, który zakończy wielką falę wyjazdów Polaków.

Aby stworzyć warunki do wzrostu płac, rząd powinien zacząć od obniżki podatków dla osób mało i średnio zarabiających. Może to być podwyższenie płacy minimalnej, czy zmiana sposobu naliczania składek ZUS, które najbardziej obciążają najbiedniejszych. Polacy chcą móc połączyć karierę z posiadaniem rodziny, co oznacza, że potrzebne są większe działania w obszarze dostępu do żłobków i przedszkoli. Są to kwestie elementarne, jednak państwo wciąż ma w tych dziedzinach olbrzymie zaległości.

Dobrą i coraz popularniejszą praktyką w Polsce są tzw “karty dużej rodziny”, które w niektórych samorządach oferują zniżki na komunikację zbiorową i inne usługi publiczne.

Dopiero po zbudowaniu solidnych fundamentów ekonomicznych polityki prorodzinnej, rząd powinien iść w kierunku wydłużania urlopów macierzyńskich, becikowych czy programów +, które są cenną zachętą dla rodzin, ale bez wspomnianych reform nie są wystarczające, aby istotnie zmienić sytuację demograficzną.

Niestety rodzą się poważne obawy, czy polski system polityczny będzie w stanie podjąć się trudnych reform. Rządzący wybierają populizm ponad racjonalizm, niższy wiek emerytalny zamiast wyższej płacy minimalnej, 500+ zamiast niższych składek i przedszkoli. Zamiast nowych pokoleń Polaków politycy wolą zapraszać Ukraińców. Takie działania tylko pogłębią nadchodzący kryzys. Obserwując obecne trendy polityczne istnieje ryzyko, że wraz ze wzrostem liczby emerytów i stanięciu się przez nich dominującą grupą wyborców, partie polityczne będą wolały oszukiwać osoby starsze pseudo rozwiązaniami zamiast pochylić się nad istotą problemu. Oby do takiego scenariusz nie doszło.

fot. womensbrainhealth.org

Czytasz nas? Podobają Ci się zamieszczane przez nas treści?
Wesprzyj nas swoją wpłatą.
Wpłacając pomagasz budować Crowd Media – wolne media, które patrzą władzy na ręce.

WPŁAĆ

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Facebook Comments

Redakcja portalu CrowdMedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść artykułów nadesłanych przez użytkowników.
Media Tygodnia

Sprostowanie


W artykule autorstwa Pana Adriana Matusa pt. "To musi być fake! Kurski żąda o wiele więcej publicznej kasy na swoją TVP" opublikowanym w dniu 4 marca 2021 r. na stronie https://crowdmedia.pl/to-musi-byc-fake-kurski-zada-o-wiele-wiecej-publicznej-kasy-na-swoja-tvp/ nieprawdziwa i wprowadzająca w błąd jest informacja, iż Kurski żąda o wiele więcej publicznej kasy na swoją TVP. W rzeczywistości Prezes TVP nie domaga się więcej pieniędzy dla TVP, a wskazuje, iż gdyby należne opłaty abonamentowe zostaly wniesione w całości, to publiczne media otrzymałyby z tego tytulu prawie 3,5 mld zł.

Ładowanie