Polityka i społeczeństwo

Obietnice Biedronia warte krocie. Skąd polityk weźmie miliardy na ich realizację?

Wiosna Robert Biedroń

Robert Biedroń odkrył dziś swoje polityczne karty. Było widowiskowo, show wykreowane przez polityka jakością wykonania i porywającym przekazem rzuciło wyzwanie wystawnym konwentom Prawa i Sprawiedliwości. Wizerunkowo wypadły bardzo dobrze zarówno konwencja, jak i sam Biedroń, który dzięki tym samym doradcom powtórzył taktykę Ryszarda Petru z 2015 roku. Jednak nie wizerunek i ogólne hasła zmieniają Polskę, dlatego zamiast skupiać się na politycznej rywalizacji polityka z uczestnikami “wojny polsko-polskiej” lepiej przyjrzeć się, co w praktyce dla gospodarki i państwa oznacza wdrożenie obietnic z konwencji. Biedroń nie tylko bowiem rozmachem narracji dogonił PiS, ale również skalą obietnic wyborczych.

Postulaty “Wiosny” niezależnie od ich społecznej wartości będą dla budżetu prawdziwym wyzwaniem. Polityk obiecał bowiem 500 plus na każde dziecko, co przy około 3 milionach dzieci nieobjętych programem oznacza dodatkowe 18 mld zł kosztów dla budżetu rocznie. Emerytura minimalna 1600 zł netto oznacza wg. sztabu polityka koszt kolejnych 7,64 mld zł. Kwoty niedoszacowanej i z każdym rokiem lawinowo rosnącej, ponieważ projekt skusi do wyjścia z rynku dużą część osób w wieku emerytalnym, które jeszcze prowadzą aktywność zawodowa. Do tego trzeba dodać płatne urlopy wytchnieniowe dla opiekunów osób niepełnosprawnych, podwyższenie świadczeń o 500 zł dla tych ostatnich oraz nieodpłatni asystenci dla osób niepełnosprawnych. Na to także potrzeba minimalnie kilka miliardów zł, a może i znacznie więcej, zależnie od szczegółów propozycji. Do tego doszedł pociąg do każdego powiatu i autobus w każdej gminie, postulat bardzo ogólny, który jest jeszcze nie do wycenienia. Jednak już na tym etapie sięgnęliśmy 30 mld zł rocznie kosztów propozycji polityka, a na tym wcale nie koniec.

Polityk obiecał także kilka strategicznych rzeczy, które są populizmem, z góry niemożliwym do zrealizowania. Biedroń obiecał w pierwszej kolejności maksymalny 30 dniowy okres oczekiwania na wizytę u lekarza specjalisty. Postulat przypomina znoszenie ubóstwa ustawą. Kolejki do specjalistów są wynikiem nie tylko braku środków, ale także samych lekarzy. Nawet prywatnie do endokrynologa można spędzić w kolejce kilka tygodni, albo czasem i ponad miesiąc. Publicznie liczy się oczekiwanie czasami nawet liczone w latach. Jednak nawet kontraktując usługi w sposób nielimitowany (po przekroczeniu 30 dni NFZ ma zwrócić koszty wizyty prywatnej) nie uda się spełnić obietnicy polityka. Do wyszkolenia kadr potrzeba wielu lat. Obecnie średnio do lekarza specjalisty czeka się między 3 a 4 miesiące, a koszt wizyt tylko w lecznictwie poza-szpitalnym wynoszą 4,66 mld zł rocznie. Aby chociaż istotnie zmniejszyć te kolejki trzeba zatrudnić więcej lekarzy i na dodatek im lepiej zapłacić, ponieważ to stawki wynagrodzeń są obecnie także barierą w zwiększeniu dostępności lekarzy, którym zwyczajnie nie opłaca się realizować usług dla NFZ. Mało się o tym mówi, ale wysoka dostępność usług specjalistów doprowadzi także do zwiększenia zapotrzebowania na nie – do sektora publicznego przejdzie cała rzesza pacjentów z praktyk prywatnych. Można spokojnie zatem założyć, że ten pomysł Roberta Biedronia na samym wstępie próby wdrożenia w życie będzie wymagał olbrzymich nakładów. Obecnie rynek prywatnych usług medycznych wart jest ponad 40 mld zł, bez kosztochłonnych zmian systemowych znaczna część tej kwoty spadnie na budżet.

Drugą, rzuconą populistycznie, obietnicą jest rozszerzenie nauczania języka angielskiego, tak aby kończąc szkołę każdy uczeń władał biegle angielskim, co ma być dojściem do standardu europejskiego. W pierwszej kolejności trzeba Biedroniowi wytknąć, że coś takiego jak europejski standard płynnego mówienia po angielsku nie istnieje, a co więcej już dziś to właśnie Polska jest w czołówce Europy jeśli chodzi o poziom umiejętności językowych w populacji. W szkołach odbywa się relatywnie sporo lekcji języka angielskiego i jest przecież jeszcze drugi język. Tym, o czym rzadko się mówi, a kuleje najmocniej, jest niska jakość jego nauczania, a nie brak godzin lekcyjnych. O tym Robert Biedroń mówił już mniej, choć obiecał przywrócenie prestiżu zawodu nauczyciela, aby był w końcu godnie opłacany -” prestiż a nie wieczny wolontariat”. Ciężko się z tym ostatnim nie zgodzić, ale realizacja tego postulatu to koszt nie kilku, ale kilkudziesięciu miliardów złotych rocznie (obecne niskie wynagrodzenia nauczycieli w 2018 r wyniosło aż 38,7 mld zł z 43 mld subwencji). Jeśli założymy, że godne opłacanie to chociaż o 50% więcej niż obecnie, to potrzebujemy 20 mld zł.

Do tego dochodzi 250 tysięcy miejsc w żłobkach w 5 lat, darmowy internet dla każdego, poprawa dostępności opieki ginekologicznej, refundacja antykoncepcji i in vitro. Sumarycznie koszty powyższych także będą w budżecie zauważalne.

Zostaje nam jeszcze ambitny plan zamknięcia wszystkich kopalń do 2035 roku i całkowite odejście od węgla. Koszty inwestycyjne w energetykę oraz koszty wygaszenia górnictwa będą zaś szły w najbliższych dekadach łącznie w setki miliardów złotych. Choć zmiany te są nieuchronne, to jednak Biedroń przewidział na 15 lat wykonanie planu w ramach, których nikt jeszcze sobie na całym świecie nie narzucił. Już obecnie jak donosi portal wnp.pl luka inwestycyjna na transformację energetyki do 2030 r. szacuje się na 28 mld euro, kiedy do realizacji planu Wiosny będzie potrzeba jeszcze więcej. Wymiana pieców w walce ze smogiem też nie jest tania. Uwzględniając koszty obu w samym tylko Wrocławiu rozwiązanie problemu smogu mogłoby kosztować nawet 1 mld zł.

Robert Biedroń rzucił dziś w eter propozycjami, których realizacja z łatwością w skali roku może kosztować nawet 50-70 mld zł.

W ostatnich latach, to nie pomoc państwa, ale koniunktura gospodarcza doprowadziła do wyjścia setek tysięcy Polaków z biedy. Rozwój gospodarki przyniósł także rekordowe w historii podwyżki wynagrodzeń. Robert Biedroń chce jednak iść dalej, ponieważ obiecał w walce z nierównościami płacę minimalną na poziomie 60% średniej krajowej. W realiach 2018 roku wyniosłaby ona zatem 2952 zł. Dla porównania faktycznie obowiązująca wyniosła 2100 zł. Tym samym polityk stał się bardziej radykalny od związków zawodowych. Zastanawia, czy otoczenia polityka nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji tak dużej podwyżki kosztów pracy dla utrzymania zatrudnienia przez najmniej zarabiających? W sytuacji w praktyce 40% opodatkowania minimalnego wynagrodzenia problem głodowy pensji dało się przecież rozwiązać inaczej. Tak poważna ingerencja w procesy rynkowe grozi podcięciem fundamentów wzrostu gospodarczego w kraju, na czym stracą najbardziej właśnie najbiedniejsi. 60% płaca minimalna jest bowiem niczym innym jak likwidacją biedy za pomocą jednego podpisu.

Podsumowując konwencja “Wiosny Biedronia” przyniosła cały grad kosztownych obietnic. Polityk obiecał coś niemal każdej grupie docelowej. Jednak tak radykalny wzrost wydatków państwa w połączeniu ze zniesieniem elastyczności rynku pracy może doprowadzić do spowolnienia wzrostu gospodarczego, które powoduje nie spadek, ale wzrost nierówności, z którymi Robert Biedroń tak bardzo chce walczyć. Obserwując konwencję można jednak zadać sobie pytanie, czy polityk faktycznie wierzy w swoje obietnice, czy może byliśmy świadkami starannie wyreżyserowanego teatru politycznego?

Fot. Natasza Perzak/materiały prasowe

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Facebook Comments

Czytasz nas? Podobają Ci się zamieszczane przez nas treści?
Wesprzyj nas swoją wpłatą.
Wpłacając pomagasz budować Crowd Media - wolne media, które patrzą władzy na ręce.

WPŁAĆ

Redakcja portalu CrowdMedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść artykułów nadesłanych przez użytkowników.

Media Tygodnia

Ładowanie