Obejrzeliśmy „Dom Dobry” Smarzowskiego i zachciało nam się płakać. „Przemoc nie zaczyna się od uderzenia”
Screenshot: "Dom Dobry", W. Smarzowski 2025
Wojciech Smarzowski nie kręci filmów, ale przeprowadza narodowe egzorcyzmy. Po rozliczaniach z historii, kleru i alkoholizmu, w „Domu dobrym” wchodzi tam, gdzie może boleć najbardziej, bo za zamknięte drzwi polskich sypialni klasy średniej. Tytuł jest okrutnym żartem. Już nie pamiętam, kiedy ostatni raz chciało mi się płakać w kinie i było tak cicho po zakończeniu seansu jakby ten film jeszcze trwał i trwał.
Zaczyna się od bajki
Pracowałem jako psycholog w fundacji z osobami wykluczonymi społecznie, obserwowałem pacjentów z przemocowych domów w szpitalu na Kondratowicza, ale nigdy nie widziałem czym naprawdę jest cicha rzeź jestestwa kobiety uwikłanej w spiralę przemocy. Ten film ukazuje to z wnikliwą dozą dokumentalisty, który dotarł do najciemniejszych pokładów ludzkiego okrucieństwa. Nie dziwię się, że Smarzowski wywołał społeczna burzę, bo pokazał czym przemoc domowa jest naprawdę. To już nie jest tylko temat do rozmowy, ale przykład. Dowód w sprawie, którego nie można pominąć i który oskarża z większą mocą niż społeczny dyskurs o rodzinnej przemocy w wykonaniu ekspertów i artykuły w mediach. Nie mam wątpliwości, że żaden film świata nie zmieni, ale mam przekonanie, graniczące z pewnością, że rozmowy o przemocy zyskują nowy wymiar.
To nie jest dobry dom, ale sarkofag zbudowany z hipokryzji, w którym pod warstwą drogich tynków i uśmiechów na Instagramie odbywa się proces tortur we wszystkich możliwych wymiarach. Smarzowski nie zrobił filmu, ale opublikował manifest oparty o prawie dokumentalne dotknięcie przemocy. Prowadzi opowieść bez zająknięcia, bez jakiegokolwiek miejsca na margines i wtłacza nas w sam środek ostateczności. Nie jesteśmy już tylko sąsiadami za ścianą, którzy nic nie mogą albo przechodniami na ulicy, którzy słyszą z oddali jakieś krzyki i mają możliwość odwrócenia głowy w innym kierunku. Obserwujemy wszystko od środka z absolutną dokładnością, jakby zaraz Gośka (Agata Turkot) miała nam zemdleć w naszych objęciach. Zdjęcia Pawła Tybora, ukazują duszną jakość domu prześladowcy. Tybora nie szuka brudu na zewnątrz. On znajduje brud w sterylnej czystości nowoczesnych wnętrz, na proszonych spotkaniach i fałszywych uśmiechach w social mediach, czyniąc z nich doskonałą pułapkę.
Postać Gośki, to nie jest po prostu portret ofiary, ale studium procesu dekonstrukcji jaźni. Smarzowski pokazuje, że przemoc nie zaczyna się od uderzenia. Zaczyna się od bajki. Wenecja, zaręczyny, idealny facet z Internetu, piękne mieszkanie, które za chwilę okaże się nie do końca jego, a on sam wcale nie jest miłym misiem. Takim słodkim Grześkiem (Tomasz Schuchardt), który potrafi tak patrzeć na kobietę, jak każda by chciała. Gośka pada ofiarą mechanizmu, który nazywamy „syndromu gotowanej żaby”. Grzesiek nie wrzuca jej do wrzątku tylko powoli podkręca temperaturę. Pierwsze, subtelne uwagi o jej wyglądzie, izolowanie od przyjaciół („oni cię nie rozumieją tak jak ja”), przejmowanie kontroli nad finansami, to są etapy przemocy ekonomicznej i psychicznej, które poprzedzają pierwszy cios.
Gaslighting w najczystszej postaci
Jej stan psychiczny to podręcznikowo wyuczona bezradność (learned helplessness) w modelu Martina Seligmana. Gośka przestaje wierzyć, że jej działania mają jakikolwiek wpływ na rzeczywistość. Dochodzi u niej do dysocjacji percepcji. W kluczowych momentach przemocy widzimy w jej oczach kompletną nieobecność. Jej umysł „wychodzi” z ciała, by przetrwać ból. To mechanizm obronny, który pozwala żyć w piekle, ale jednocześnie uniemożliwia ucieczkę. Jest współczesną Norą z „Domu lalki” Ibsena, z tym, że pozbawioną siły do trzaśnięcia drzwiami, bo te drzwi zostały zaryglowane od zewnątrz przez jej własny lęk i uzależnienie emocjonalne. W psychologii znane jako urazowa więź z oprawcą.
Schuchardt jako Grzesiek tworzy jedną z najbardziej przerażających ról w polskim kinie, właśnie dlatego, że jest taki normalny. To nie jest zapijaczony Dziabas z „Domu złego”. To jest szanowany obywatel, lokalny polityk, człowiek sukcesu. Grzesiek to modelowy przykład narcyza z rysem psychopatycznym. Jego przemoc nie jest wynikiem utraty kontroli, choć tak to przedstawia, by wzbudzić w Gośce poczucie winy. Jego przemoc jest narzędziem kontroli. Stosuje tak zwany „gaslighting” w najczystszej postaci. Wmawia Gośce szaleństwo, nadwrażliwość, podważa jej percepcję rzeczywistości („wymyśliłaś to sobie”, „znowu histeryzujesz”). Jego cykl przemocy jest perfekcyjny. Od narastania napięcia, przez wybuch, aż po fazę „miesiąca miodowego”, gdzie staje się idealnym mężem, kupuje prezenty i błaga o wybaczenie. To właśnie ta ostatnia faza, ta „dobroć”, jest najsilniejszym spoiwem, które trzyma ofiarę w klatce. Grzesiek to społeczny kameleon, który dopiero w domu przeobraża się w potwora. To rozdwojenie jaźni sprawia, że nikt z zewnątrz nie uwierzy Gośce, bo przecież „Grzesiu to taki złoty chłopak”.
Nowy film Smarzowskiego, to oskarżenie rzucone w twarz społeczeństwu. Pokazuje, że przemoc domowa nie istnieje w próżni. Jest hodowana przez społeczne przyzwolenie. Sąsiedzi, którzy słyszą krzyki, ale nic nie mogą zrobić. Policja, która przyjeżdża i poucza, by „nie robić hałasu”. Ksiądz, który radzi, aby „nieść swój krzyż” i jeszcze dodaje, że „rodzina musi być razem”, „wszystko się jakoś ułoży” i rodzina, która obawiając się skandalu, tłumaczy „przecież widać, że się kochacie”. To wszystko składa się na obraz systemowej niewydolności. Procedura „Niebieskiej karty” jest tu pokazana jako biurokratyczna farsa, która często bardziej chroni sprawcę, dając mu czas na przygotowanie swojej obrony, niż ofiarę przemocy.
Film stawia tezę, że Polska jest krajem fasadowym. Liczy się to, co widać na zewnątrz. Nowy dom, samochód, wakacje. Status dobrej katolickiej rodziny. Niedziela w kościele, święta u mamy, grill z przyjaciółmi. To, co dzieje się w środku, jest tematem tabu, a gdy już przypadkiem dojdzie do jakiejś konfrontacji, to „musimy wyjść, bo to nie jest nasza sprawa”. Jeszcze na koniec ofiara usłyszy, że „brudy pierze się we własnym domu”. W filmie Smarzowskiego ta konkluzja brzmi jak wyrok śmierci.
Okrucieństwo w szatach miłości
Nie wyszedłem z kina. Brutalność w tym filmie jest przeciągnięta do ostatniej linijki tomów zła, ale w kinie XXI wieku, które epatuje brutalnymi scenami jak kolejne części niekończącej się opowieści, to już nie wzmacniacz dramaturgiczny tylko rutyna. To „tylko” pokaz przemocy, na którą stać jedynie takich potworów jak Grzesiek. Coś innego przeraża o wiele bardziej. To rodzaj narracji zastosowanej przez Smarzowskiego. On nas nie tylko sadza w tym przemocowym domu, ale jednocześnie wtłacza w głowę jego ofiary. Nagle gubimy się w natłoku przerażenia i bólu nie znając drogi wyjścia z labiryntu tego szaleństwa. Zupełnie jak Gośka, która nie tylko bała się swojego oprawcy, ale także siebie samej i świata wokół niej. Smarzowski, używając swojego brutalnego, teledyskowego montażu i nieliniowej narracji, gdy flashbacki z „dobrych” chwil mieszają się z horrorem teraźniejszości, wprowadza widza w stan emocjonalnego rozchwiania, symulując chaos w głowie ofiary.
Filmowy Grzesiek ma w sobie coś z Humberta z „Lolity”. Tę samą zdolność do racjonalizowania swojego okrucieństwa i ubierania go w szaty miłości, a sytuacja Gośki przywodzi na myśl bohaterkę „Opowieści podręcznej” Margaret Atwood. Kobiety sprowadzonej do roli funkcji, własności, której podmiotowość została systemowo wymazana. Jeśli się nie zgadza na seks zostaje zgwałcona, jeśli się nie zgadza ze zdaniem męża zostaje pobita, jeśli się nie uśmiecha na zawołanie Grześka, zostaje zwyzywana od najgorszych. Jej oprawca ma nieskończony repertuar tortur psychicznych i fizycznych. Do tego kontakty, które go chronią i siłę, z której korzysta. Gośka zostaje osaczona we własnym domu i staje się „gasnącym płomieniem” w klasycznej opowieści o manipulacji percepcją.
Wartość tego filmu leży w demitologizacji powszechnie panującego przekonania, że przemoc to tylko gra ze słabszymi w małym patologicznym światku. Przemocowiec nie musi być alkoholikiem z marginesu. Ofiara nie musi być słaba czy niewykształcona. Zło mieszka w dobrych domach, jeździ dobrymi samochodami i płaci podatki. „Dom dobry” uczy nas patrzeć uważniej. Uczy, że cisza za ścianą bywa głośniejsza niż krzyk. I że czasem największym aktem heroizmu jest po prostu spakowanie walizki i wyjście z „dobrego domu”, zanim stanie się on grobem. Jego, jej albo ich dziecka.