Polityka i społeczeństwo

Najważniejszy i najbardziej przemilczany temat 2018 roku. Dogłębne wyjaśnienie tej afery to obowiązek opozycji

Nikt nie ma dziś wątpliwości, że afera taśmowa, która wybuchła w 2014 roku, pomogła Prawu i Sprawiedliwości wygrać wybory. Czy była ona przeprowadzona przy współudziale rosyjskich służb specjalnych? Tego pewnie nigdy nie będziemy pewni w stu procentach. Są jednak wątki, obok których nie da się przejść obojętnie. Na pytanie o udział Rosjan w spisku przeciwko polskiemu rządowi starała się w minionym roku odpowiedzieć “Polityka”, zwieńczając tym samym swoje wielomiesięczne śledztwo.

Pierwszym przystankiem, na którym wysiadł dziennikarz “Polityki”, było półmilionowe Kemerowo na Syberii. To centrum Kuźnieckiego Zagłębia Węglowego zwanego Kuzbasem. Według źródeł związanych z kontrwywiadem, właśnie tam w latach 2013 – 14 pojechał Marek Falenta, a więc w czasie, w którym we współpracy z kelnerami z restauracji Sowa i Przyjaciele po kryjomu nagrywał najważniejszych polityków w Polsce. Również w tym samym czasie został współwłaścicielem firmy Składy Węgla, która handlowała rosyjskim węglem z Kemerowa przez działającą tam Kuzabską Kampanię Paliwową z oddziałem w Gdańsku. Falenta pojechał do Kemerowa zaraz po swoim wejściu do Składów Węgla i jak twierdzą źródła tygodnika “dostał węgiel, nie płacąc ani kopiejki”. Mówi oficer kontrwywiadu – “Falenta musiał Rosjanom coś obiecać, może nawet coś dać. U nich nie ma tak, że coś się dostaje za nic, tym bardziej węgiel wart 20 mln dol. I to na pierwszym spotkaniu”.

Spotykając się z Rosjanami, biznesmen miał już w swoim archiwum nagraną rozmowę szefa MSW Bartłomieja Sienkiewicza z ówczesnym prezesem NBP Markiem Belką. Prawdopodobnie miał też zapis spotkania Sikorski – Rostowski, a więc dwa nagrania, które po opublikowaniu wywołały największą burzę. Najważniejszą osobą w układance jest multimilioner Robert Szustkowski, który miał Rosjanom polecić Falentę. O Szustkowskim głośno się zrobiło za sprawą Jana Śpiewaka, stołecznego aktywisty, obecnie kandydata na prezydenta Warszawy. Szustkowski robił interesy z Rosjanami od dawna przez spółkę Radius – “Jak ujawnił Śpiewak, Radius był zaangażowany w stołeczną reprywatyzację, a jednym z jego współpracowników był Jacek Kotas, wiceminister obrony w czasach pierwszych rządów PiS, okrzyknięty rosyjskim łącznikiem Macierewicza” – czytamy w tygodniku.

Falentę z Rosją i Szustkowskim łączą też inne tropy i prowadzą one do restauracji Sowa i Przyjaciele. Należała ona do firm, którymi kierowali – występujący również we władzach Grupy Radius i spółek z nią związanych – panowie Jarosław Babiński i Krzysztof Janiszewski. Obaj zainwestowali w restaurację, chociaż nie zajmowali się gastronomią tylko nieruchomościami. Jak wynika z zeznań jednego z kelnerów z Sowa i Przyjaciele, w warszawskiej restauracji “Ole!”, należącej do Babińskiego i Janiszewskiego, również miały być urządzenia podsłuchowe. Inną wymienianą restauracją jest Lemongrass. Lokal ten był protoplastą Sowy i Przyjaciół, z wykwintnym i drogim jedzeniem, w którym “blaty miały uszy”.

Największą zagadką tamtego czasu jest działanie ówczesnego wiceszefa ABW płk. Jacka Gawryszewskiego, nadzorującego działanie specjalnej grupy powołanej do wyjaśnienia sprawy taśmowej. Swoje stanowisko zawdzięczał Bartłomiejowi Sienkiewiczowi, z którym znał się z pracy w Urzędzie Ochrony Państwa. Płk. Gawryszewski utrzymywał również bliskie kontakty z Mariuszem Kamińskim. Jeden z wysokich rangą urzędników w rządzie Platformy, tak opisuje sytuację po której upadł wątek powiązań Falenty z PiS oraz rosyjskich tropów – Gdy w pewnym momencie pojawił się temat rosyjskiego tropu, ktoś ważny powiedział Gawryszewskiemu, że trzeba się tym zająć. On na to odpowiedział mniej więcej tak: Rosyjski trop? Co prawda nie znam się na kontrwywiadzie, ale to czysto kryminalna sprawa”Gawryszewski po zmianie władzy jako jedyny wysoki rangą funkcjonariusz służb utrzymał swoje stanowisko. Rok temu został ambasadorem RP w Chile.

Już kilka dni po wybuchu afery taśmowej Donald Tusk mówił o “scenariuszu pisanym cyrylicą”. Jak się okazuje, do dzisiaj nikt na poważnie nie zbadał jej najważniejszych wątków. Import węgla z Rosji rośnie w rekordowym tempie, ojciec premiera Morawieckiego w co drugim zdaniu wychwala Władimira Putina, marszałek Senatu mówi, że dyktator z Białorusi – która jest uzależniona od Rosji – jest ciepłym człowiekiem a Witold Waszczykowski, w trakcie francuskiej kampanii wyborczej fotografuje się z Marine Le Pen, której partia jest na kroplówce rosyjskich banków. Od której strony człowiek nie spojrzy, wnioski same się nasuwają. Jak to możliwe, że ujawnienie ustaleń Grzegorza Rzeczkowskiego nie spowodowało politycznego trzęsienia ziemi, a przez obóz władzy zostało niemal całkowicie zignorowane? Odpowiedź wydaje się oczywista, ale i w gruncie rzeczy krótkowzroczna.

Partia rządząca kieruje się przede wszystkim interesem partyjnym. Rozgrzebywanie tej sprawy i rosyjskich tropów w aferze podsłuchowej uderzyłoby przede wszystkim właśnie w nich i środowiska skupione obecnie wokół ministra koordynatora ds. służb specjalnych Mariusza Kamińskiego. Zmieniłoby także publiczne postrzeganie afery jako dotykającą przede wszystkim Platformę Obywatelską, a na to partia rządząca pozwolić sobie nie może. Dlatego, mimo iż o sprawie było głośno w części mediów prywatnych, a także wpływowych mediów zagranicznych (o sprawie napisał nawet The Guardian), polskie służby odpowiedzialne za możliwe ingerencje obcych służb w krajową politykę nie zrobiły w sprawie nic. Ani Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, ani polski kontrwywiad nie uznały za stosowne zająć się ustaleniami Polityki. Sejmowa komisja służb specjalnych temat olała, podobnie jak prezydenckie Biuro Bezpieczeństwa Narodowego. Z kolei ze strony polityków PiS pojawiały się jedynie kpiny i wyśmiewanie tematu, co powinno zadziwiać z jednej prostej przyczyny.

Jeśli teoria o tym, że za aferą taśmową, która obaliła rząd Donalda Tuska, a potem Ewy Kopacz stały rosyjskie służby, to ignorując ten fakt PiS w pewnym sensie działa także przeciwko swoim interesom. Jeśli bowiem prawdziwi organizatorzy afery byli w stanie obalić rząd PO-PSL, to dziś mogą to samo zrobić z rządem PiS. Wszyscy przecież wiedzą, że gdzieś w szafach tajemniczych ludzi czekają na ujawnienie taśmy pogrążające Mateusza Morawieckiego, na których ten omawia działania niezgodne z prawem (co wiemy dzięki drążeniu tematu przez dziennikarzy Onetu). Te same służby, kompletnie nie niepokojone mogą także zorganizować w każdej chwili podobną w rozmiarach i skali politycznego oddziaływania aferę, która uderzy w partię Jarosława Kaczyńskiego tak mocno, że ją obali. Gdy do tego dodamy również przemilczane przez władzę związki jednego z wiceprezesów PiS z rosyjskimi służbami to sprawa powinna wyglądać dla partii władzy bardzo niepokojąco. Zadziwia ignorowanie tego zagrożenia, a opozycji zostawia w zanadrzu broń bardzo dużego kalibru, którą powinna wykorzystać, by odzyskać władzę i przy pomocy co najmniej sejmowej komisji śledczej dotrzeć do prawdy o prawdziwych mocodawcach afery taśmowej. Leży to bowiem w interesie naszego kraju.

Źródło: Polityka

fot. flickr/ KPRM

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Facebook Comments

Czytasz nas? Podobają Ci się zamieszczane przez nas treści?
Wesprzyj nas swoją wpłatą.
Wpłacając pomagasz budować Crowd Media - wolne media, które patrzą władzy na ręce.

WPŁAĆ

Redakcja portalu CrowdMedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść artykułów nadesłanych przez użytkowników.

Media Tygodnia

Ładowanie