Polityka i społeczeństwo

To dlatego Jarosław Kaczyński tak ceni byłych działaczy PZPR? Antykomunizm cyniczny prezesa PiS

fot. Shutterstock/ Michael Wende

Opublikowane wczoraj przez Gazetę Wyborczą „taśmy prawdy” pokazują, że Jarosław Kaczyński zawsze gardził „prawicową półinteligencją” (to jego własne słowa), którą jednak jako lider PiS zagospodarował i wykorzystał, żeby zdobyć władzę. A teraz wynagradza ją w spółkach Skarbu Państwa i na państwowych urzędach. Jednak cyniczna łatwość, z jaką Jarosław Kaczyński decyduje się na manipulowanie ludźmi, którymi w rzeczywistości pogardza, wyraża się także w jego cynicznym antykomunizmie, manipulowaniem historią Polski jako całością i pojedynczymi ludzkimi biografiami dla potrzeb własnej walki o władzę.

Zacznijmy od tego, że Jarosław Kaczyński nigdy nie był ani „wierzącym” antykomunistą, ani „wierzącym” lustratorem. Zawsze marzył o byciu raczej Klausem, niż Havlem, czyli o przejęciu jak największej liczby ludzi aparatu władzy PRL, bo – jak twierdził całkiem otwarcie – „tylko oni znają się na rządzeniu”, „tylko oni mają wiedzę o tym państwie”, podczas gdy opozycja demokratyczna i „Solidarność” nie uczyły rządzenia państwem, ale – zdaniem Kaczyńskiego – skupiały wręcz „element antypaństwowy”. Jak wielokrotnie wspominał Ludwik Dorn (będący na początku lat 90. jednym z najbliższych współpracowników Jarosława Kaczyńskiego), już na kongresie założycielskim Porozumienia Centrum to nie Kaczyński, ale delegaci wymusili wpisanie do programu nowej partii postulatu „dekomunizacji”. Kaczyński się dostosował, wiedział, że gdyby jawnie zaoponował, sam stałby się w oczach swoich ludzi osobą podejrzaną. Jednak wychodził z sali wściekły, że popsuto mu jego strategię pozyskiwania ludzi z aparatu PZPR i komunistycznego MSW, „którzy się znają na rządzeniu Polską”.

Niezależnie zresztą od tego oficjalnie przyjętego postulatu „dekomunizacji”, od samego początku Jarosław Kaczyński włączył do budowy swojej partii nie tylko ludzi ze środowisk PAX-owskich, ale także wielu wywodzących się z PZPR „konserwatywnych” zwolenników autorytarnej władzy. Nawiązywał też kontakty z nomenklaturowymi biznesmenami albo pozwalał swoim ludziom na nawiązywanie takich kontaktów. Nie różnił się tutaj od wielu innych postsolidarnościowych ugrupowań, które też miały rozmaite strategie kooptacji ludzi dawnego systemu lub współpracy z nimi. Jednak w swoim wewnętrznym przekonaniu był ich przeciwieństwem, gdyż używał pieniędzy, instytucji, a nawet ludzi dawnego reżimu do realizowania wizji radykalnej przebudowy państwa (w rzeczywistości żadnej wizji reformy państwa nigdy nie miał, poza pragnieniem personalnego przejęcia wszystkich instytucji publicznych przez swoich ludzi), podczas gdy jego politycznych przeciwników takie kontakty – w oczach i jego wyznawców – korumpowały, pozbawiały politycznej woli, czyniły zakładnikami „postkomunizmu”.

Byli działacze aparatu PZPR niższego i średniego szczebla (np. Wojciech Jasiński, członek PZPR i przez całą epokę Gierka Szef Wydziału Spraw Wewnętrznych Urzędu Miejskiego w Płocku; Karol Karski, w czasie stanu wojennego i w latach 80. działacz i członek władz centralnych SZSP, startujący w wyborach samorządowych z poparciem PRON), a także najbardziej dyspozycyjni prokuratorzy czy sędziowie z lat osiemdziesiątych – wszyscy oni byli od zawsze reprezentowani w najbardziej elitarnej „kadrówce” Kaczyńskiego. Także w kolejnych tworzonych pod jego patronatem rządach. Taką przeszłość mieli nie tylko Kryże, nie tylko Jasiński, nie tylko Kaczmarek czy Kornatowski (wzięci przez Kaczyńskiego w 2006 roku do rządu właśnie z powodu ich „historycznych” kompetencji, ale później, kiedy zawiedli jego zaufanie, uznani przez niego za „agentów śpiochów”), ale także minister Zbigniew Wassermann. Jeszcze u samego schyłku PRL zajmował się on jako krakowski prokurator sprawą młodych działaczy ruchu Wolność i Pokój, którzy podnieceni anarchiczną atmosferą końca ustroju zajęli i przez jakiś czas okupowali budynek studium wojskowego UJ. Wassermann zajął się tą sprawą na zlecenie dogorywających komunistycznych władz dlatego, że żaden rozsądniejszy, bardziej niezależny, lepiej ustawiony prokurator nie chciał się już w tym czasie tak trefną polityczną sprawą zajmować. A jednak zarówno on, jak też obecnie jego córka współpracująca z prokuratorem Piotrowiczem przy najbardziej antykonstytucyjnych działaniach obecnej parlamentarnej większości, stali się namaszczonymi przez Kaczyńskiego wzorcami „genetycznego” patriotyzmu i antykomunizmu.

Bat i marchewka

Dziś „klausizm” Kaczyńskiego święci tryumfy, pozwala mu przejąć część elektoratu po SLD i nie tylko. Kaczyński wie, że PRL nie było takie „biało-czarne”, jak to przedstawiają jego wyznawcy z kręgów IPN. Wie jednocześnie, że bardzo wielu ludziom po PRL-u pozostała gorycz i niepokój, czy aby na pewno zachowali się tak jak należało i czy cały dorobek życia ich i ich rodzin nie będzie przekreślony. Dlatego Kaczyński postanowił na tych ludzi cynicznie zapolować za pomocą najprostszej w świecie metody bata i marchewki.

Bata dostarczają jego dziennikarze i historycy, w tym wielu pracowników IPN-u, którzy postanowili robić polityczną karierę w szeregach PiS. Oni w swoim autentycznym zapale przedstawiają przeczerniony obraz PRL-u jako świata nieustannego terroru, podzielonego na „bohaterów” i „męczenników”, a po drugiej stronie „katów”, „zdrajców” i „kolaborantów”. Z kolei marchewka to osobiste odpuszczenie grzechów przez Kaczyńskiego, prosty wybór zaproponowany ludziom, którzy całe swoje życie przeżyli w PRL. Albo będziesz – w swoich własnych oczach, ale także w publikacjach i wypowiedziach moich „niepokornych” historyków i dziennikarzy – zdrajcą i siepaczem uczestniczącym w tej najczarniejszej w historii Polski epoce PRL, albo zarówno ja (jak i moi dziennikarze i historycy) odpuszczę Ci twoje grzechy, uznam Twoje tłumaczenie, że nawet w partii, prokuraturze czy PRL-owskich służbach zawsze byłeś zakonspirowanym patriotą, zawsze też byłeś ukrytym katolikiem, walczyłeś z komuną bardziej bohatersko, niż ci opozycjoniści.

Prokurator Stanisław Piotrowicz całe to zapewniające odpuszczenie grzechów nowe wyznanie wiary według Kaczyńskiego wypowiedział wprost. „W 1978 roku wstąpiłem do PZPR pod przymusem”, „w latach 80. byłem prokuratorem, aby nieść pomoc niesłusznie represjonowanym”, „ryzykowałem bardziej niż ci, którzy roznosili ulotki”, „zapisałem się do PiS, bo wreszcie pojawiła się w Polsce jakaś patriotyczna partia”.

Jest to bez wątpienia modelowe wyznanie wiary będące w Polsce Kaczyńskiego jedynym i wystarczającym warunkiem odpuszczenia „genetycznych grzechów zdrady” i przystąpienia do wspólnoty „genetycznych patriotów”. W ten sposób „komunistą” czy „resortowym dzieckiem obciążonym genami zdrady” zostaje się uznaniowo, jeśli się Kaczyńskiemu przeciwstawia (w ten sposób „komuchami” i „zdrajcami” stali się w oczach prawicy starszej i młodszej Niesiołowski i Komorowski). Przestaje się być „komunistą”, „resortowym dzieckiem”, „genetycznym zdrajcą”, jeśli się Kaczyńskiemu podporządkowuje i dla niego pracuje. Z „genetyką” nie ma to nic wspólnego, z doraźną polityką – wszystko.

Podobnie pragmatyczny jest stosunek Kaczyńskiego do lustracji, która tak rozpala emocje wielu jego starszych i młodszych wyznawców. Andrzej Olechowski będący dla dzisiejszej PiS-owskiej prawicy wręcz modelowym przykładem „agenta PRL-owskiego wywiadu”, był ministrem finansów (i chyba w ogóle jednym z najbardziej kompetentnych ministrów) w najbardziej „lustracyjnym” rządzie Jana Olszewskiego. Został tym kluczowym ministrem z błogosławieństwem Jarosława Kaczyńskiego, który był politycznym patronem tamtego rządu, a do teczek polityków miał wgląd jeszcze wcześniej, jako minister kancelarii prezydenta Lecha Wałęsy. Kaczyński i jego ludzie zaczęli atakować Olechowskiego jako „agenta” dopiero, kiedy Olechowski stał się ich politycznym przeciwnikiem – będąc jednym z założycieli PO. Także kiedy lustracyjne kłopoty okazały się ciągnąć za Zytą Gilowską, Kaczyński dokonał osobistego odpuszczenia grzechów. Co nie tylko zabezpieczało ją przed tępawymi lustracyjnymi fanatykami z tylnych rzędów PiS, ale też emocjonalnie związało ją z Kaczyńskim na zawsze.

Antykomunizm Kalego

Czyjś ojciec czy dziadek, bo był w PZPR czy w LWP, może się stać dla Kaczyńskiego „genetycznym zdrajcą”, „agentem”, tylko jeśli jego syn czy córka się Kaczyńskiemu dzisiaj sprzeciwią. A może się stać „genetycznym patriotą”, jeśli jego dzieci czy wnuki się mu podporządkują. Może propagandystę PiS Jerzego Targalskiego, który pochodzi z partyjnej rodziny i sam zaczynał w PZPR cieszy to, że on i wszyscy jego przodkowie zostali w ten cyniczny sposób przesunięci z kategorii „genetycznych zdrajców”, do „genetycznych patriotów”. Może Piotrowicz, Kryże czy Czabański są dumni, że ich skomplikowane biografie zostały w ten sposób oczyszczone, jednak ta metoda zarządzania ludźmi jest obrzydliwa. To szantaż i stosowanie odpowiedzialności zbiorowej, ale nie tylko o estetykę czy moralność tu chodzi. Ta metoda sprawowania władzy poprzez biograficzny szantaż jest skuteczna i daje Kaczyńskiemu ogromną wadzę właśnie nad polskim społeczeństwem, wyjątkowo przez historię podzielonym i przemielonym. Każdy z nas ma w swojej rodzinie ludzi, którzy z tą czy inną władzą walczyli, z tą czy inną władzą współpracowali, albo pod tą czy inną władzą próbowali przeżyć nie rzucając się w oczy. Zatem każdego można ugodzić, jeśli nie przez własną biografię, to poprzez biografie członków własnej rodziny. Ta metoda rządzenia w społeczeństwie takim jak polskie, w kraju o takim jak Polska historii jest wyjątkowo podła. Z jednej strony całkowicie zakłamuje polską historię, a z drugiej strony wcale nie pozwala oddzielić od siebie „genetycznych patriotów” i „genetycznych zdrajców”. Dają się na nią złapać i trafiają do obozu Jarosława Kaczyńskiego raczej „genetyczni oportuniści”.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Czytasz nas? Podobają Ci się zamieszczane przez nas treści?
Wesprzyj nas swoją wpłatą.
Wpłacając pomagasz budować Crowd Media – wolne media, które patrzą władzy na ręce.

WPŁAĆ

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Facebook Comments

Redakcja portalu CrowdMedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść artykułów nadesłanych przez użytkowników.

Cezary Michalski

Eseista, prozaik i publicysta. W swojej twórczości związany m.in. z Newsweekiem i Krytyką Polityczną.

Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu.

Był redaktorem pism "brulion" i "Debata", jego teksty ukazywały się w "Arcanach", "Frondzie" i "Tygodniku Literackim" (również pod pseudonimem "Marek Tabor").

Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, "Życiem" i "Tygodnikiem Solidarność". W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury.

Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. Jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. W latach 2006–2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety Dziennik Polska-Europa-Świat, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma.

Media Tygodnia

Ładowanie