Polityka i społeczeństwo

Cała prawda o wysokim poparciu dla PiS. Rządzący doskonale wiedzą, co może ich kompletnie pogrążyć

Polski liberalizm musi się politycznie przebudzić, bo inaczej Kaczyński zamorduje go we śnie.

Notowania PiS-u pozostają wysokie nie dlatego, że w Polsce pojawiają się nowe rezerwy fundamentalistów, narodowców czy choćby elektoratu socjalnego (to wszystko zostało już przez PiS kupione, teraz Kaczyński ma raczej problem, jak ich przy sobie utrzymać), ale dlatego, że wciąż politycznie nie zmobilizował się elektorat liberalny.

Kiedy prawica przez dwie kadencje absolutnych klęsk uczyła się cynicznie budować konglomerat partyjno-biznesowo-medialny, liberalna Polska czuła się zbyt bezpiecznie. Przecież po roku 1989 jej reprezentanci zawsze rządzili. Stosunkowo krótkie przygody rządu Jana Olszewskiego czy pierwszych rządów PiS kończyły się takimi katastrofami, że poczucie „bezalternatywności”, „oczywistości”, „normalności” liberalnej Polski raczej od tego rosło. Nawet SLD nie robiło krzywdy liberalnej Polsce, szczególnie po prozachodnim nawróceniu się Aleksandra Kwaśniewskiego i Leszka Millera. Czuwały Unia i Ameryka – liberalna pod Obamą, Clintonem, a nawet pod Bushem, który nie zrywał podstawowego konsensusu w amerykańskiej polityce wewnętrznej i globalnej.

Dziś liberalny Zachód sam przeżywa wstrząsy, a prawicowy walec rozjeżdża liberalną Polskę wciąż – mimo całej serii porażek – uśpioną w trwającym praktycznie od początku lat 90. złudnym poczuciu bezpieczeństwa. Polska liberalna zdegenerowała się politycznie, zdziecinniała, zatraciła zdolność przeżycia i umiejętność prowadzenia politycznej wojny. Kiedy idzie prawicowy walec, wielu liberalnych inteligentów, polityków, publicystów zachowuje się jak kury pozbawione głowy biegające po podwórku bez sensu. Miotają się, biją w piersi, biją między sobą, zanim przystąpić do wspólnej zorganizowanej obrony wszystkiego, co jest im bliskie. Od polityki wewnętrznej po europejską.

Tylko partia może odebrać władzę partii

Liberalna Polska zmarnowała nawet największe swoje osiągnięcie – masowe społeczne protesty. KOD został osłabiony wizerunkowo i stracił znaczną część zdolności mobilizacyjnych. Protesty w obronie niezawisłych sądów opóźniły ich zniszczenie, ale go nie powstrzymały. Pozwoliliśmy też Kaczyńskiemu politycznie rozegrać i zniweczyć efekty „czarnego protestu”. Jarosław Kaczyński nie chciał zmiany ustawy antyaborcyjnej, miał wygodniejszy dla siebie pomysł na obsłużenie najbardziej konserwatywnej części polskiego Kościoła. Masowość pierwszego i jedynego frekwencyjnie udanego „czarnego protestu” została przez niego wykorzystana jako alibi pozwalające mu na jakiś czas spacyfikować zwolenników Marka Jurka i innych politycznych głupców, których nie brakuje także po prawej stronie. Przez następne miesiące po pierwszym „czarnym proteście” Kaczyński – nie zaostrzając ustawy antyaborcyjnej, bo byłoby to dla niego politycznie kosztowne – dał najbardziej konserwatywnemu skrzydłu polskiego Kościoła wszystko, tyle że na własnych warunkach. Pigułka „dzień po” jest dziś na receptę, a Ministerstwo Zdrowia robi wszystko, aby lekarze tej recepty nie wypisywali, a apteki jej nie realizowały. In vitro zostało sparaliżowane zarówno centralnie, jak i w samorządach, przez wojewodów działających na zlecenie rządu. Kolejne publiczne szpitale i oddziały ginekologiczne są oddawane ludziom o poglądach profesora Chazana. A najbardziej radykalne feministyczne liderki, po tym jak odcięły się od zwolenniczek obrony kompromisu aborcyjnego (wiem, że to są inne stanowiska ideowe, ale zdolność do budowania choćby chwilowych koalicji bardzo często przesądza o podstawowym przetrwaniu), są w stanie wyprowadzać na ulice pod hasłami liberalizacji aborcji jedną dziesiątą, jeśli nie jedną setną uczestniczek i uczestników pierwszego „czarnego protestu”. Zresztą organizatorki obecnych protestów chętniej atakują obrończynie kompromisu aborcyjnego czy polityków PO i Nowoczesnej, niż wywierają jakikolwiek polityczny nacisk na Kaczyńskiego.

Największym błędem wszystkich dotychczasowych społecznych protestów było akcentowanie ich apolityczności, wykopywanie przepaści pomiędzy protestującym na ulicach liberalnym społeczeństwem i opozycyjnymi partiami reprezentującymi te same wartości w polskim parlamencie. Robili to najgłupsi spośród liderów protestów i najgłupsi spośród liberalnych publicystów. Zapominając o doświadczeniu pierwszych rządów Kaczyńskiego i o tym, kto te rządy realnie obalił. Także w 2006 roku, przygnieceni rozmiarem ówczesnego zwycięstwa populistycznej prawicy, rozmaici „symetryści” uderzali w rzekomą bezradność Platformy i Tuska. Domagali się „czegoś innego” – „najlepiej nie partii politycznej, ale jakiegoś ruchu społecznego, bo PO jest nieskuteczna, przecież nie rządzi”. Gdyby nie obronienie wówczas przez Donalda Tuska i Grzegorza Schetynę samego przetrwania Platformy Obywatelskiej jako silnej, zorganizowanej partii, Kaczyński rządziłby do dzisiaj bez przerwy. Żadna gazeta, żadne środowisko, nawet żadne związkowe czy społeczne protesty nie odsunęłyby go od władzy. Zamiast słuchać publicystów i „rozwiązać swoją nieskuteczną partię, która przecież w 2005 roku dwa razy przegrała z braćmi Kaczyńskimi”, Donald Tusk przygotował się wówczas na kolejny kampanijny i wyborczy bój. Najpierw upokorzył Jarosława Kaczyńskiego w bezpośredniej telewizyjnej debacie pokazując Polakom, że Wielki Naczelnik Prawicy jest histerykiem łatwym do wyprowadzenia z równowagi, a potem odebrał mu władzę.

Dzisiaj mamy Schetynę, Lubnauer, Budkę, Trzaskowskiego, Brejzę, Jaśkowiaka, Zdanowską, Arłukowicza i Ujazdowskiego. Mamy dwie partie opozycyjne, które wreszcie nauczyły się ze sobą współpracować. Na nie stawiajmy, gdyż bez nich ani szaleństwo Kaczyńskiego, ani pycha i żarłoczność prawicy, ani nawet widmo Polexitu nie odbiorą władzy PiS-owi. Tylko partia może odebrać władzę partii. Przynajmniej dopóki jesteśmy demokracją – choćby „nieliberalną”, „suwerenną”, ale dopiero zmierzającą w kierunku pełnego Putinowskiego czy Erdoganowskiego autorytaryzmu.

Nędza „symetryzmu”

Kiedy Jarosław Kaczyński pokazał, że nic nie jest „oczywiste”, ani liberalna demokracja w Polsce, ani przynależność Polski do UE i liberalnego Zachodu, po stronie liberalnej mamy banał „symetryzmu” – najżałośniej wyglądający w wykonaniu Sroczyńskiego i części sympatyzującej z Partią Razem (formacją najbardziej antyliberalnej lewicy) młodzieżówki „Agory”. Spółki wydającej „Gazetę Wyborczą”, która w latach 90., kiedy redagowali ją Helena Łuczywo i Adam Michnik, była narzędziem walki o liberalną Polskę – nigdy nie „symetrycznym”, zawsze zaangażowanym.

O ile zrozumiały jest jednak polityczny sens „symetryzmu” sympatyków Partii Razem (oni wierzą, że na gruzach zniszczonej przez Kaczyńskiego liberalnej Polski otworzy się miejsce dla radykalnej lewicy), to ten sam „symetryzm” u niektórych przedstawicieli liberalnej inteligencji jest już tylko polityczną naiwnością, żeby nie powiedzieć głupotą. Najczęściej wynikającą z braku jakiegokolwiek doświadczenia własnego uczestnictwa w politycznej walce. Np. kierujący środowiskiem „Kultury Liberalnej” Karolina Wigura i Jarosław Kuisz nigdy nie walczyli o liberalną Polskę, nigdy jej nie budowali, robiło to za nich pokolenie „ojców założycieli”. Zatem kiedy rozpoczęła się wojna, w której liberalizm z nazwy ich instytucji może zostać w Polsce kompletnie zniszczony, nie rozumieją samej istoty politycznej walki. Potrafią się zdobyć wyłącznie na banalny i bezradny „symetryzm” w stylu – „nie przesadzajmy z zagrożeniem”, „najgorszy jest konflikt”. Najgorsza jest pusta głowa i cichy koniunkturalizm polegający na coraz bardziej otwartym akceptowaniu zwycięskiego dziś populizmu.

Jarosław Kaczyński wypowiedział liberalnej Polsce regularną wojnę. Nie bierze w niej jeńców i zakazuje brać jeńców swoim ludziom. Ci, którzy w obsadzonych przez prawicę instytucjach, ministerstwach, spółkach czy służbach próbują z liberalną Polską negocjować, są przez Kaczyńskiego usuwani, zastępowani ludźmi bardziej radykalnymi, choćby byli nawet mniej kompetentni. To zmienia sytuację. Są w liberalnej III RP „rachunki krzywd”, ale dziś priorytetem jest zatrzymanie prawicowego walca. Ocalenie i odbudowanie tożsamości i instytucji liberalnej Polski – świeckiej (nawet jeśli potrafiącej negocjować z Kościołem), zintegrowanej z Zachodem, szanującej własność prywatną, budującej bogactwo i rozwój na przedsiębiorczości i pracy, a nie na rozdawnictwie i socjalu używanym przez Kaczyńskiego jako narzędzie najprostszej politycznej korupcji. W tej sytuacji trzeba zacząć się zachowywać bardziej odpowiedzialnie. Zbudować własny konglomerat nie identycznych, nie jednolitych, ale lojalnie współpracujących ze sobą polityków, mediów, środowisk społecznych. Zebrać i skonsolidować wszystkie aktywa liberalnej Polski, instytucjonalne i intelektualne, partyjne i społeczne. Jeśli liberalna Polska nie zdąży okrzepnąć i zbudować własnego partyjno-biznesowo-medialnego konglomeratu, jeśli pozwoli się Kaczyńskiemu zniszczyć sądy, samorządy i wziąć władzę w kraju na drugą kadencję, cały dorobek transformacji ustrojowej po roku 1989 zostanie bezpowrotnie stracony. Partia Razem, najmłodsi „symetryści” z „Gazety Wyborczej” czy banaliści z „Kultury Liberalnej” wzywający do dialogu liberalnego tyłka z prawicową pałką – wszyscy oni są sierotami po świecie, którego już nie ma. Gdzie liberalizm był oczywistością, liberalne partie rządziły od zawsze i można było zgłaszać pod ich adresem dowolne roszczenia. Dziś to liberalizm, liberalne wartości i instytucje potrzebują pomocy i obrony, bo prawica wydała na nie w Polsce polityczny wyrok śmierci. I właśnie go wykonuje.

fot. flickr/Sejm RP

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Czytasz nas? Podobają Ci się zamieszczane przez nas treści?
Wesprzyj nas swoją wpłatą.
Wpłacając pomagasz budować Crowd Media – wolne media, które patrzą władzy na ręce.

WPŁAĆ

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Facebook Comments

Redakcja portalu CrowdMedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść artykułów nadesłanych przez użytkowników.

Cezary Michalski

Eseista, prozaik i publicysta. W swojej twórczości związany m.in. z Newsweekiem i Krytyką Polityczną.

Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu.

Był redaktorem pism "brulion" i "Debata", jego teksty ukazywały się w "Arcanach", "Frondzie" i "Tygodniku Literackim" (również pod pseudonimem "Marek Tabor").

Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, "Życiem" i "Tygodnikiem Solidarność". W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury.

Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. Jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. W latach 2006–2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety Dziennik Polska-Europa-Świat, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma.

Media Tygodnia

Ładowanie