REWOLUCJA PO BUCHU. Recenzja filmu „Jedna bitwa po drugiej”, Paula Thomasa Andersona.
screen/ YouTube/Warner Bros
Na pierwszy rzut oka „Jedna bitwa po drugiej”, to sensacyjne kino o ojcu, który próbuje ratować córkę, a zarazem trochę film drogi i jeszcze trochę neowestern o ostatnich sprawiedliwych na zgliszczach amerykańskiego snu. Nie dajmy się nabrać, bo to tylko fasada.
Paul Thomas Anderson nigdy nie robi filmów o tym, o czym myślimy, że robi. Pod warstwą prochu i w oparach marihuany, reżyser kreśli wiwisekcję upadku imperium, w którym prawo do życia staje się przywilejem, a nie standardem. Anderson zaserwował nam koktajl równie wybuchowy, co tytułowa grupa French 75, a więc bawi, intryguje, ale boli i przeraża jednocześnie.
Wkraczając w świat, który tworzy Anderson, lądujemy na amerykańskiej prowincji, wprost do Ameryka Baktan Cross, brudnej „wiochy”, która nie przypomina niczego z kolorowych, wakacyjnych pocztówek z podróży po USA. Fikcyjna miejscowość, ale zarazem tak realna, że czuć jak jej społeczność oplata nas wszystkim, tym co Ameryka hoduje na swoich peryferiach. Siedziba wykluczonych na własne życzenie oraz tych, których biała, średnia i wyższa klasa nie akceptują na swoich wypielęgnowanych i pachnących trawnikach posprzątanych przedmieść. Reżyser, bawiąc się mitem Desperados, odkurza stary topos „Siedmiu wspaniałych” czy „Siedmiu samurajów”, ale zamiast szlachetnych wojowników daje nam zbieraninę wykolejeńców. Z tym, że równie zawziętych i gotowych do walki, co tych z klasycznego westernu i ballady Kurosawy. Właśnie oni stają w obronie najniższych warstw społecznych, imigrantów, wyrzutków, ludzi, których system wypluł i o których zapomniał.
Bob Ferguson, trumpista z sercem po lewej stronie
Centralną postacią tej tragikomedii jest Bob Ferguson, w tej roli genialnie nieoczywisty Leonardo DiCaprio, który po raz kolejny udowadnia, że może być każdym. Cudownym jest oglądać jego social media oraz czytać informacje na portalach celebryckich, na których aktor widnieje w towarzystwie kolejnej 20-letniej modelki, do tego na jachcie wartym fortunę, aby w filmie zobaczyć, zaćpanego typa z marginesu, który nie wie, gdzie jest, co się dzieje, jak się nazywa i w trakcie walki o odzyskanie córki cały czas pozostaje w oparach swojego nałogu. I można mówić o nim wszystko, ale nie to, że jest jakimś aktorem, bo to wielki aktor. Nawet przez chwilę nie miałem wątpliwości, że DiCaprio jest naprawdę Bobem Fergusonem w czystej postaci, czyli biedakiem z amerykańskiego wykluczenia. Anderson dokonuje celnego przewrotu. Bob wygląda jak podręcznikowy wyborca Trumpa, zmęczony życiem biały mężczyzna z prowincji, w wymiętym szlafroku, z twarzą, na której wypisane jest rozczarowanie globalizacją. Socjologowie tacy jak Arlie Russell Hochschild w swoich analizach „obcego we własnym kraju” wskazują właśnie na takich ludzi jako na paliwo dla prawicowego populizmu, ale nie w filmie Andersona.
Ferguson to zaprzeczenie tego stereotypu. Jest nie tylko weteranem lewicowej partyzantki, a wręcz jej bohaterem, człowiekiem, który choć wygląda, jakby miał zaraz krzyczeć „Build the Wall”, jest gotów poświęcić wszystko, by ten mur zburzyć. Jego postać to genialna dekonstrukcja „białego zbawcy”. Bob nie jest herosem, ale reliktem, pomyłką systemu, buntownikiem z konieczności, który zamiast celebrować swoją uprzywilejowaną pozycję, wybiera marginalizację. Anderson tą postacią, jakby zadawał pytanie, co się dzieje z ideałami kontrkultury, gdy zderzają się one z bezwzględną machiną nadzorcy współczesnego kapitalizmu?
Koktajl Mołotowa w kieliszku szampana
Błyskotliwość Andersona objawia się w detalach, a najlepszym tego przykładem jest nazwa grupy rewolucjonistów: „French 75”, która jak wielopoziomowa metafora, idealnie oddaje ducha filmu. Znakomite odniesienie do wykwintnego koktajlu z ginu i szampana, wymyślonego w 1915 roku w paryskim Harry’s New York Bar, którego nazwa nawiązywała do francuskiego działa polowego 75 mm, słynącego z szybkostrzelności podczas I wojny światowej.
Ta dychotomia definiuje bohaterów, bo z jednej strony upajają się w swoim romantycznym zrywie, a z drugiej potrafią całkowicie poświęcić się swojemu śmiercionośnemu działaniu. Anderson pokazuje nam, że walka z tyranią to nie tylko wzniosłe hasła, ale brudna, niszczycielska siła, kiedy grupa French 75 rusza do akcji i mamy piękny taniec wolności oraz brutalną kanonadę w jednym obrazku. To ludzie, którzy nie tylko ratują najbiedniejszych, ale wysadzają, napadają na banki i mordują, bo rewolucja wymaga krwi. Zadają pytanie zarazem, kto jest bardziej krwawym terrorystą, czy oni sami, czy instytucje przemocy społecznej, z którymi walczą albo pełne hipokryzji korporacje, które jak obozy zagłady, wykorzystują najbiedniejszych migrantów do produkowania smacznych słodyczy, uwielbianych przez białych suprematystów o faszystowskim zacięciu do „czystości rasy”.
Między mitem a paranoją
Film jest przesiąknięty mitycznymi archetypami, które reżyser bezlitośnie zderza z groteską. Mamy tu postać Senseja, w której doskonale odnajduje się Benicio del Toro, postać żywcem wyjętą z kina sztuk walki, będącego duchowym przewodnikiem dla uciśnionych. Jego spokój kontrastuje z postacią Perfidii, granej przez Teyanę Taylor, bardzo charyzmatyczną aktorkę, która u Andersona jest ucieleśnieniem nieuchwytnego losu oraz nigdy nie kończącej się walki. Ciekawa postać kobieca i intrygująca bohaterka, pozbawiona dylematów kobiety i matki na rzecz rewolucji i osobistej wolności wbrew pragnieniu spokoju średniaczki, ukrytej w domu na przedmieściach. Z zainteresowaniem patrzyłem na konsekwencje jej wyborów, które przychodzą do niej na sam koniec, mimo że wydawałoby się, jakby była już tylko duchem tego filmu. Nie zdradzam szczegółów, bo wolę, żebyście sami przekonali się, co mam na myśli.
Anderson nie byłby sobą, gdyby nie wprowadził kilku elementów czystego absurdu. Motyw klasztoru, w którym zakonnice uprawiają marihuanę, to coś więcej niż komediowy przerywnik, ale gorzka diagnoza upadku instytucji. Najzabawniejsze w tej przezabawnej sytuacji jest fakt, że takie klasztory funkcjonują na świecie. Tak, są prawdziwe i siostry faktycznie zajmują się uprawianiem „zioła”, oczywiście tylko do celów leczniczych. Nawet jeżeli Anderson nie był w tym za bardzo odkrywczy, to już połączenie klasztoru z rewolucją idealnie wpisuje się w środkowo-amerykański i południowy rodzaj religii, w której Jezus Chrystus jest lewicowym bojownikiem o wolność. W świecie, gdzie państwo i prawo zawiodły, nawet sacrum musi sięgnąć po nielegalne metody przetrwania. Te „święte dilerki” są w filmie jednym z ostatnich bastionów normalności i empatii, co samo w sobie jest ponurym żartem z kondycji moralnej Ameryki.
Widmo parafaszyzmu i „czysta rasa”
„Jedna bitwa po drugiej”, to przede wszystkim film polityczny. Anderson bez ogródek portretuje antagonistów, członków Christmas Adventurers Club i ludzi pokroju pułkownika Lockjawa. Prawdziwego demona, w którym idealnie sprawdza się Sean Penn, balansując na kilku cienkich granicach, m. in. paranoika, potwora, kochanka, a nawet samego banału. Penn staje się członkiem elitarnego grona białych suprematów, którzy są „prawdziwym, nieformalnym towarzystwem, rządzącym Ameryką”. Forma przyjęcia do tego „zaszczytnego” grona, odbywa się w trakcie wesela córki, jednego z członków klubu, w scenerii i wykonaniu, jakbyśmy trafili do filmu Andersona wprost z wesela rodziny Don Corleone. To nie są komiksowi złoczyńcy, ale przerażająco realni przedstawiciele organizacji parafaszystowskich, które pod płaszczykiem tradycji i „prawa i porządku” próbują narzucić supremację białej rasy. Ku Klux Klan i paramilitarne bojówki z rodowodem hitlerowskiego SS, wydają się chłopcami w krótkich spodenkach przy tych typach. Anderson nie wyśmiewa tych organizacji, ale stawia diagnozę, kto naprawdę zagraża czemuś, co dawno temu nazwano „amerykańskim snem”. Reżyser znowu odwraca rolę, bo zaznacza, że ten sen jest mitem, którego próbują bronić wściekłe psy w strojach owiec i okazuje się, że to nie potwór gwałci, tylko w jego przekonaniu, to on został zgwałcony.
Film przede wszystkim opowiada o obronie wolności przed tymi potworami, którzy odczłowieczają migrantów, ludzi o innym niż biały kolor skóry i innej narodowości. Anderson celnie punktuje to, o czym piszą współcześni badacze migracji, jak choćby Douglas Massey czy Leo Chavez, że na naszych oczach następuje powolny, ale bardzo konsekwentny proces „crimmigration”, czyli systemowego zrównywania imigracji z przestępczością. W filmie walka o prawa imigrantów, szczególnie tych z Meksyku, to nie kwestia polityki, ale biologicznego przetrwania. Anderson pokazuje, jak retoryka o „truciźnie w krwi narodu”, brzmiąca znajomo z ust polityków pokroju Trumpa, przekłada się na konkretną przemoc na pograniczu. Pułkownik Lockjaw i jego świta to ucieleśnienie banalości zła, zabijają z uśmiechem na ustach, w imię źle pojętego patriotyzmu, przekraczając kolejne granice potworności jakby nie było końca. Mundur amerykańskiego policjanta i żołnierza w przedziwny sposób zlewa się z umundurowaniem paramilitarnych bojówek neofaszystowskich i trudno odróżnić, kto jest kim i dlaczego zabija.
Dlaczego ten film jest ważny?
„Jedna bitwa po drugiej”, to być może najważniejszy film o współczesnej Ameryce, jaki powstał w tej dekadzie. Anderson nie daje łatwych odpowiedzi, a jego gorzka filozofia w tym obrazie, udowadnia, że walka z tyranią jest syzyfową pracą. Jedną bitwą po drugiej, bez gwarancji ostatecznego zwycięstwa. Szczególnie ostatnie sekwencje filmu, podróży po bezdrożach Ameryki w nieustającym pościgu po falującej autostradzie, góra-dół, góra-dół, jak metafora tej walki pełnej porażek i zwycięstw, ale bez faktycznego końca. Z tym, że nie poddawajmy się, bo w tym wszystkim jest też nuta nadziei. Reżyser bowiem dodaje, że nawet w obliczu totalnej supremacji siły i kapitału, zawsze znajdą się jacyś „Desperados”. Bandyci, ćpuny, wykolejeńcy i zakonnice z jointami, którzy powiedzą „nie”. Bob Ferguson, mimo że wygląda jak statystyczny „Janusz z Ohio”, udowadnia, że bunt nie ma twarzy z plakatu zwycięstwa albo bohatera z komiksu Marvela. To często niewielkie mikropęknięcie gdzieś na obrzeżach wielkiego świata, które z czasem może przerodzić się w rozpad tamy lub wybuch wulkanu, ale tylko wtedy, gdy to będzie niekończące się targanie wielkiego kamienia na szczyt góry w ludzkim Tartarze.
Anderson miesza nam w głowach jak barman przygotowujący French 75, bo po seansie, jak po drinku w barze, wychodzimy z kina oszołomieni, z lekkim zawrotem głowy, ale ze świadomością, że właśnie dotknęliśmy czegoś boleśnie prawdziwego. Obowiązkowa lektura dla każdego, kto chce zrozumieć, co tak naprawdę dzieje się pod powierzchnią amerykańskiego snu. Anderson w szczytowej formie, wściekły, zabawny i przerażająco celny.