Po godzinach

Od zera do bohatera, czyli Legia Warszawa w Lidze Mistrzów

Legia Warszawa

Droga Mistrza Polski w eliminacjach do prestiżowych rozgrywek Ligi Mistrzów nigdy nie była tak prosta jak tym razem. W wyniku zmian Platiniego, Legia musiała sprostać takim „potęgom” jak Zrinjski Mostar, AS Trencin czy Dundalk FC, czyli klubom dla większości polskich fanów zupełnie nieznanym. Ewentualny brak awansu i odpadnięcie na etapie eliminacji byłby upokorzeniem dla Mistrzów Polski oraz całej polskiej piłki. Oczywiście Legia nie byłaby pierwszym upokorzonym polskim klubem, przypominając chociażby klęskę Wisły Kraków w 2009 roku z Levedią Tallin w II rundzie eliminacji LM, czy też bilans bramkowy 1:6 Śląska Wrocław ze szwedzkim Helsingborgs IF w III rundzie w 2012 roku.

Upokorzenia na szczęście nie było i Legii udało się awansować. Jednak udało się tak, jak kompletnie nieprzygotowanemu studentowi na egzaminie. Styl gry warszawiaków, oceniając bardzo łaskawie, pozostawia wiele do życzenia. Legia z trudem, runda po rundzie dosłownie „wymęczyła” ten awans. Męczyli się zawodnicy, męczył się trener, ale przede wszystkim kibice oglądający sześć meczów eliminacyjnych. W każdym z nich Legia grała bez polotu, tworząc może kilka godnych do zapamiętania akcji. Jedną z nich była ta Kucharczyka i bramka pieczętująca awans do LM w doliczonym czasie gry meczu z Dundalk FC. Tą akcją, wszyscy chcielibyśmy podsumować efektywny (na pewno nie efektowny) awans Legii do Ligi Mistrzów po 21 latach.

Awans Legii pokazuje niesprawiedliwość, a zarazem piękno piłki nożnej. Nie powiodło się świetnie grającej Wiśle Kraków w pamiętnej potyczce z Panathinaikosem w 2005 roku, czy też samej Legii w 2014 roku, po świetnych eliminacjach i nieszczęsnym walkowerze w rywalizacji z Celticiem, a udało się Legii grającej futbol niegodny Ligi Mistrzów.

Przyczyny słabego stylu gry Mistrza Polski nie sposób nie szukać w postaci jej poprzedniego trenera – Besnika Hasiego. Niewątpliwie Albańczyk może przypisać sobie historyczny sukces Legii, jednak musimy pamiętać, że siermiężny styl warszawskiego zespołu, tolerowany był przez włodarzy klubu oraz kibiców jedynie dzięki pozytywnym wynikom w eliminacjach.

Zetknięcie się Legii z Ligą Mistrzów było lodowatym prysznicem. Naprzeciw legionistów nie stawał bowiem mistrz Irlandii, z trudem klecący swoje akcje, a zespół z najwyższej europejskiej półki – Borussia Dortmund. Dortmundczycy przejechali się po Legii w Warszawie 6-0, nie pozostawiając złudzeń, czar dobrych wyników Besnika Hasiego z eliminacji prysnął.

Wynik pierwszego meczu LM oraz fatalne wyniki w lidze zmusiły Legię do zmiany trenera. Nie jestem zwolennikiem zmieniania trenerów jak rękawiczek, co jest szczególnie popularne w polskiej piłce, jednak tę decyzję uważam za słuszną. Mimo jedynie paru miesięcy pracy widać było, że zespół nie jest na drodze do lepszej gry.

Przed drugim meczem ze Sportingiem Lizbona, zatrudniono na stanowisku pierwszego trenera Jacka Magierę, człowieka od zawsze związanego z Legią Warszawa. Dobra praca trenera Magiery w poprzednim klubie, Zagłębiu Sosnowiec, w powiązaniu z jego przywiązaniem do klubu, dawały wielką nadzieje, że Legia się podniesie. Kolejne mecze były tego dowodem. Pomimo porażek w Lizbonie 0-2 oraz Madrycie 1-5, zespół Legii dawał iskierkę nadziei, że stać ją, żeby dać kibicom w tej edycji LM trochę radości. Przemianę widać było gołym okiem. Nowy trener natchnął zespół i usposobił go do gry ofensywnej. Świadczyły o tym wyniki w lidze. Magiera zaczął od 3-0 z Lechią Gdańsk, a do dzisiaj ma imponujący ligowy bilans – 6 zwycięstw i tylko jedna porażka.

Bez wątpienia kolejny mecz w Lidze Mistrzów nie dawał nadziei na przełamanie, mianowicie spotkanie z Realem przy Łazienkowskiej- przysłowiowy pojedynek Dawida z Goliatem. Warszawski zespół musiał stawić czoła najlepszemu klubowi Starego Kontynentu, zwycięzcy poprzedniej edycji LM. Wynik pierwszego spotkania oraz dodatkowe utrudnienie w postaci pustych trybun nie wróżyło niczego dobrego. Rezultat 3:3 zszokował wszystkich kibiców w Polsce i Europie. Obraz Legii zmienił się o 180 stopni, z zespołu niemiłosiernie bitego przez Borussie, w zespół prowadzący z najlepszym zespołem Europy do 85 minuty 3:2(!). Niewątpliwie był to przełom dla zespołu Jacka Magiery, który na dobre odżył i mogliśmy zacierać ręce na ostatnie dwa pojedynki grupowe.

Nadszedł czas na rewanżowe starcie z Borussią w Dortmundzie. Po wyniku, a przede wszystkim po stylu gry z meczu z Realem Madryt, nie czekaliśmy już na najniższy wymiar kary. Czekaliśmy przynajmniej na taką samą, ofensywną i skuteczną grę, jak w poprzednim starciu. Nie zawiedliśmy się, mimo hokejowego wyniku 8:4. To nie była Legia z pierwszego meczu z Niemcami. To była Legia grająca otwarty futbol, być może zbyt otwarty, ale przecież właśnie taką piłkę kochają kibice. Oczywiście w piłce, oprócz efektownej gry, liczy się również wynik, a ten przy odrobinie szczęścia i lepszej grze bramkarza mógł wyglądać inaczej. Jednak wydaje mi się, że po fatalnym początku fazy grupowej, to nie z wyniku była rozliczana Legia a z gry.

Czy będziemy mogli uznać historyczny powrót polskiego zespołu do Ligi Mistrzów za udany? Po trzech pierwszych spotkaniach, z zerowym dorobkiem punktowym, wydawać by się mogło, że Legia już nie zaistnieje w tej edycji LM. Teraz stoi przed wielką szansą zakończenia w piękny sposób tego jakże udanego roku dla polskiej piłki. O wszystkim zadecyduje ostatnie spotkanie ze Sportingiem Lizbona przy Łazienkowskiej, które odbędzie się już jutro. Jeśli Legia wygra, wyprzedzi Portugalczyków i zajmie 3 miejsce w grupie F, co przed startem tych rozgrywek było postrzegane jako cel maksimum. Cel, który dzięki zdobytemu punktowi z Realem jest na wyciągnięcie ręki. Już w pierwszym starciu, świeżo po zmianie trenera, Legia pokazywała momentami dobrą piłkę. Teraz, pokrzepiona dwoma dobrymi meczami z europejskimi mocarzami oraz serią zwycięstw w lidze, jest w stanie wygrać ze Sportingiem i wiosną walczyć w fazie grupowej Ligi Europy. Czego Legii oraz sobie, jako kibicowi każdej polskiej drużyny w rozgrywkach europejskich życzę.

fot. Dziurek

Facebook Comments

Redakcja portalu CrowdMedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść artykułów nadesłanych przez użytkowników.

Przemek Szamocki

Pasjonat sportu w teorii i praktyce. Jak większość Polaków - miłośnik piłki nożnej. Fan Andrzeja Gołoty, na dobre i na złe. Hobbystycznie wicemistrz Świata i Europy w ... Smoczych Łodziach.

Media Tygodnia

Facebook

Facebook By Weblizar Powered By Weblizar