Polityka i społeczeństwo

Polityczny szantaż w partii? Zaskakujące kulisy wyboru Morawieckiego

Postawienie przez Jarosława Kaczyńskiego na Mateusza Morawieckiego jako kolejnego premiera zaskoczyło wielu obserwatorów. Wicepremier był zarówno mniej popularny wśród wyborców od swojej poprzedniczki, jak i budził powszechną niechęć w szeregach Prawa i Sprawiedliwości. Pojawiają się rożne próby wytłumaczenia takiego wyboru, który rozjuszył znaczną część wyborców PiS, dla których ex-bankier, doradca Tuska, człowiek elit i wielkiego biznesu jest nie do zaakceptowania jako ICH lider. Nie można odmówić sensu pojawiającym się tezom, że w podeszłym wieku Kaczyński wolał grać dalej rolę stratega zostawiając technikę rządzenia młodych i zdolnym, czy też, że uwierzył w wizję gospodarczego cudu Morawieckiego i swoim zwyczajem forsuje ją nie bacząc na okoliczności, czy w końcu, że chodzi o próbę ocieplenia relacji z Unią Europejską w celu minimalizacji zagrożeń II połowy kadencji.

Jednak powyższe wydaje się wnosić tylko fragment prawdy, ponieważ wiele z opisanych celów można było osiągnąć bez ryzykownej wymiany kapitana drużyny. Jednak obserwując gorączkowe ruchy ostatnich tygodni tym co rzuca się w oczy, jest zmiana balansu sił wewnątrz obozu władzy. Bowiem to właśnie walka między frakcjami była przyczyną, dla której Kaczyński chciał pozbyć się Szydło w pierwszej kolejności, zatem tak i wybór jej następcy zdaje się być efektem podobnej gry, brutalnej w formie i regułach. Wszystko wskazuje na to, że kluczowym czynnikiem, który zdecydował o nominacji Morawieckiego jest nikt inny jak Zbigniew Ziobro. Dokładniej mówiąc wcale nie jego poparcie, ale właśnie nienawiść do wicepremiera. Beata Szydło była wygodnym narzędziem w ręku Jarosława Kaczyńskiego tak długo, jak nie zaczęła sama szukać swojego stabilnego gruntu w rządzie. Dla byłej premier odpowiedzią był sojusz właśnie ze Zbigniewem Ziobrą, a ich głównym wrogiem okazał się szybko wicepremier Morawiecki, któremu wspólnie odebrali kontrolę nad PZU.

Jednak w przeciwieństwie do zamkniętego pod kloszem Morawieckiego, którego brak zaplecza czyni niegroźnym, Zbigniew Ziobro zwiększając swoje wpływy stał się dla prezesa zagrożeniem. Ministra sprawiedliwości trzeba było trzymać krótko, a Beata Szydło się do tego nie nadawała. Co gorsza, Kaczyński nie mógł swobodnie dyktować  Ziobrze warunków, ponieważ 9 posłów Solidarnej Polski warunkuje zachowanie przez PiS większości parlamentarnej. Z tego powodu osobiste wkroczenie na stanowisko premiera dawało w ręce wiele narzędzi, ale narażało prezesa na toczenie walki podjazdowej, która mogła naruszyć jego autorytet całkowitej skuteczności. Tutaj wkracza natomiast właśnie Morawiecki, ale nie Mateusz, tylko jego ojciec – Kornel. Marzeniem Kornela Morawieckiego było bowiem uczynienie syna premierem, a rekonstrukcja rządu dała mu do tego perfekcyjną okazję.

KołoWolni i Solidarni, którym kieruje Kornel Morawiecki liczy bowiem od wczoraj aż 6 posłów, jego rola choć niedoceniana stała się nagle kluczowa. Bowiem okazało się, że dzięki wsparciu ojca przyszłego premiera możliwe będzie zachowanie większości parlamentarnej nawet przy całkowitej rebelii Zbigniewa Ziobry i Solidarnej Polski. Liczba szabli PiS spadłaby bowiem z 235 do 232, wciąż wystarczająco, aby rządzić. Wiedząc o tym zagrożeniu Ziobro dążył do zablokowania kandydatury Morawieckiego na premiera. Jak donosi Rafał Ziemkiewicz Ziobryści podobno zagrozili zerwaniem kolacji w wypadku nominacji Mateusza Morawieckiego. Powyższe słowa uzupełniają oficjalne wypowiedzi Patryka Jakiego, sugerujące zerwanie kolacji jeśli Ziobro straci stanowisko w wyniku rekonstrukcji.

Jednak ogłoszenie Morawieckiego premierem i pozostanie Ziobrystów w koalicji pokazuje wyraźnie, że doszło do dealu politycznego. Nie bez powodu już dziś donosi się o tym, że Kornel Morawiecki i koło Wolni i Solidarni ma wejść w skład Klubu Parlamentarnego PiS. Wszystko wskazuje jasno na to, że Zbigniew Ziobro w obliczu tej decyzji nie mógł spełnić swojego szantażu, a w odpowiedzi sam otrzymał propozycję nie do odrzucenia: akceptacja Morawieckiego i milczenia, albo wylot z rządu.

Gra ryzykowna wydawałoby się, ale w opisywanym scenariuszu PiS nie odniósłby śmiertelnych ran, a w tym samym czasie karierę Zbigniewa Ziobry spotkałaby spektakularny koniec. Jarosław Kaczyński zna Ziobrę na tyle dobrze, że wiedział, że nie zdecyduje się na żaden desperacki krok tak długo, jak jego stanowisko jest bezpieczne. Bezpieczne, ale już nie poza kontrolą prezesa, a w obliczu reformy sądów zachowanie władztwa nad nowymi zdobyczami było rzeczą, której lider partii rządzącej nie mógł wypuścić z ręki.

Jarosław Kaczyński specjalizuje się w brutalnej polityce szantażu i konfrontacji totalnej, sam przebieg zmiany premiera jak i towarzyszące okoliczności wskazują na to, że każdy krok został poddany wyrachowanej kalkulacji. Dla prezesa PiS istnieje tylko jedna rzecz ważniejsza od poparcia dla rządu, a jest tym jego własna niepodważalna pozycja w partii. Najwyraźniej Kaczyński doszedł do wniosku, że musi poświęcić parę punktów w sondażach, aby zaprowadzić wewnątrz obozu władzy na nowo porządek.

fot. flickr/KPRM

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Czytasz nas? Podobają Ci się zamieszczane przez nas treści?
Wesprzyj nas swoją wpłatą.
Wpłacając pomagasz budować Crowd Media – wolne media, które patrzą władzy na ręce.

WPŁAĆ

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Facebook Comments

Redakcja portalu CrowdMedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść artykułów nadesłanych przez użytkowników.

Media Tygodnia

Ładowanie