Gospodarka

Mieliśmy być liderem, jesteśmy w ogonie Europy. Klęska rządowej strategii

Wicepremier Morawiecki obiecywał za 8 lat milion aut elektrycznych, co miało symbolizować wkroczenie polskiej gospodarki w nową erę najnowocześniejszych i najbardziej innowacyjnych technologii. Jednak obietnica sternika polskiej gospodarki okazuje się być równie realna jak tysiąc dronów Macierewicza, które wprawdzie zamówiono, ale wybrany sprzęt ma niewiele wspólnego z klasycznymi dronami. W przypadku aut elektrycznych jest podobnie, mieliśmy stać się liderem Europy, ale na dziś zaliczamy klęskę za klęską, w czym swój poważny udział ma bierność naszego rządu.

W pierwszej kolejności warto zwrócić uwagę, że strategiczne dla rozwoju branży inwestycje omijają Polskę. Węgry właśnie zgarnęły wartą 2,7 mld zł inwestycję w budowę fabryki akumulatorowy do samochodów elektrycznych. Jest to kolejna okazja, która przeszła Polsce koło nosa, ponieważ mniejsza, warta 1,5 mld zł inwestycja Samsunga w produkcję baterii także trafiła do Węgrów.

Bez przyciągnięcia inwestorów nie będzie jednak mowy o rozwoju branży, ponieważ to właśnie kapitał i know how zagranicznych potentatów stwarza na rynku krajowym nisze do rozwoju krajowych podwykonawców, a z czasem i konkurencyjnych producentów. Gospodarka działa według tzw. efektu skali, im więcej dany kraj wytwarza, tym taniej produkuje. Niskie koszty wynikające z dostępności wykwalifikowanej siły roboczej, profesjonalnych podwykonawców i innej niezbędnej infrastruktury czynią dalsze inwestowanie w daną branżę w tym właśnie miejscu jeszcze bardziej opłacalnym. Nawet budowa pod Wrocławiem fabryki baterii samochodowych LG Chem czy pod Szczecinem fabryki szwedzkiego koncernu GroStad nie zmieniają bilansu walki o pałeczkę lidera. Przegrania wyścigu o zagraniczne inwestycje nie można bagatelizować.

W Polsce ciężko o rozwój branży samochodów elektrycznych także z powodu niskiego popytu na tego typu produkty. Jeszcze w 2016 roku zarejestrowano w Polsce ledwie 112 samochodów w pełni elektrycznych. W tym roku liczba rejestracji już wzrosła 2,5 razy, ale wciąż są to liczby w granicach błędu statystycznego. Dla porównania Niemcy przez zaledwie jeden kwartał rejestruje takich aut 12 tysięcy. 2017 rok przyniósł 263 rejestrację w Polsce do 100 000 w całej Unii Europejskiej. Wysoka cena samochodów elektrycznych względem konwencjonalnych połączona z brakiem punktów ładowania takich pojazdów sprawia, że szybki rozwój rynku bez stymulacji państwa jest bardzo trudny.

Nie oznacza to oczywiście, że wielkie dotacje są dobrym kierunkiem, ponieważ dotacje biorą się z podatków, a one z ograniczania konkurencyjności innych gałęzi gospodarki. Jednak trzeba mieć na uwadze, że wybór priorytetów gospodarczych w ministerstwie powinien być dostosowany do realiów, albo powinien wiązać się z mapą drogową zmiany tych ostatnich.

Dochodzimy tutaj do kolejnego słabego punktu miliona aut Morawieckiego. Polska chcąc być potentatem wciąż należy do już nielicznych krajów Europy, które nie przyjęły wspierających rozwój tej branży regulacji. Ministerstwo pracuje nad projektem ustawy, jednak przeciągają się one w nieskończoność. Resort planuje zniesienie akcyzy na auta elektryczne jak i przywilej wjazdu do stref nisko-emisyjnych, których w Polsce jeszcze nie ma.

Ministerstwo chce, aby powstał projekt polskiego samochodu elektrycznego. W zeszłym miesiącu ruszył konkurs na prototyp. Problem w tym, że na początek spółka dostała zaledwie 10 mln zł od państwowych gigantów takich jak: PGE, Tauronu, Enei i Energi. Dla porównania słynna, produkująca 100 000 aut elektrycznych rocznie Tesla poświęciła już 30 mld dolarów i lata pracy na rozwój, a dalej przynosi tylko straty, które zaczynają martwić coraz mocniej inwestorów co do opłacalności całego projektu.

Tak naprawdę w wielkim planie rewolucji w mobilności i przestawieniu się na samochody elektryczne wciąż jest więcej znaków zapytania niż jasnych odpowiedzi. Sama koncepcja pompowania na siłę jednej branży względem innych za grube pieniądze publiczne jest kontrowersyjna, ponieważ rodzi nierówne traktowanie firm i w ostatecznym rachunku opresyjności aparatu skarbowego może gospodarce jako całości przynieść więcej szkód niż pożytku. Można zadać sobie zatem pytanie, czy lepiej dla Polski, aby premier Morawiecki zrealizował swoje obietnice, czy może żeby zostały one tylko w sferze slajdów w power poincie?

Źródło: money.pl

fot. flickr/KPRM

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Facebook Comments

Redakcja portalu CrowdMedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść artykułów nadesłanych przez użytkowników.

Piotr Lipiński

Absolwent Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. W wolnym czasie działacz pozarządowy. Interesuje się polityką i ekonomią.

Facebook

Facebook By Weblizar Powered By Weblizar

Media Tygodnia

Ładowanie