Polityka i społeczeństwo

Maciej Lasek o katastrofie smoleńskiej – eksperci Macierewicza nie cofną się przed niczym [wywiad]

Z Maciejem Laskiem – byłym przewodniczącym Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego utworzonej do zbadania katastrofy Tu-154 w Smoleńsku z 10 kwietnia 2010 rozmawia Bartosz Wiciński.

B.W.: Chciałbym na początku cofnąć się trochę i proszę, żeby Pan przypomniał kilka faktów z katastrofy smoleńskiej. Nie wszyscy być może pamiętają, co się wydarzyło na początku, ale również bardzo wiele młodych osób przez ostatnie siedem lat zaczęło interesować się polityką. Od tego momentu w przestrzeni medialnej – głównie prawicowej – pojawiło się wiele przeinaczeń i półprawd, które do dzisiaj żyją swoim życiem. Jak to było z odczytywaniem czarnych skrzynek i rejestratorów lotu? Kiedy to zostało wykonane i jak miała się sprawa z dostępem do tych rejestratorów? Do dzisiaj niektórzy dziennikarze i media powiązane z Prawem i Sprawiedliwością piszą, że niczego nie odsłuchano.

– Pierwsza grupa polskich specjalistów, wraz z prokuratorami i ekspertami, którzy później weszli w skład zespołu biegłych, przybyła na miejsce wypadku już 10 kwietnia, a kolejna 11 kwietnia. Już 10 kwietnia dwóch specjalistów (w zakresie badań zapisów rejestratorów, pilotażu i szkolenia) wraz z prokuratorem poleciało ze Smoleńska do Moskwy z rejestratorami katastroficznymi danych i głosu, aby tam w niedzielę wykonać kopię ich zapisów. Często się o tym zapomina, ale to właśnie polski specjalista po sprawdzeniu plomb dokonał otwarcia obydwu rejestratorów, wyjął taśmę z zapisem i umieścił ją w specjalnym magnetofonie kopiującym. Wszystko to działo się pod nadzorem polskich i rosyjskich prokuratorów. W tym samym czasie koledzy, którzy pozostali w Smoleńsku, dokumentowali miejsce zdarzenia, stan szczątków wraku, sprawdzali konfigurację samolotu w chwili wypadku, jak np. wysunięcia popychaczy mechanizmów wykonawczych układu sterowania, stan techniczny silników. Brali też udział w przesłuchaniach rosyjskiego personelu lotniska, w tym meteorologa, kontrolerów i z-cy dowódcy bazy. Jednym z ważniejszych działań było wykonanie kopii zapisów z magnetofonu ze smoleńskiej wieży, który rejestrował korespondencję, rozmowy telefoniczne i rozmowy w tle kontrolerów w tym krytycznym dniu. Dzięki temu mogliśmy później, w połączeniu z analizą zapisów rejestratorów z tupolewa ocenić działanie rosyjskich kontrolerów i jego wpływ na przebieg wypadku. W sumie w Smoleńsku było 18 członków polskiej komisji, pracujących do zakończenia badania na miejscu wypadku przez MAK. Należy pamiętać, że członkowie komisji Millera pracowali na miejscu wypadku niezależnie od MAK, choć dzięki przyjęciu przez MAK w swoim badaniu procedur opisanych w Załączniku 13 mieli też, poprzez akredytowanego przedstawiciela, prawo do udziału w badaniu prowadzonym przez MAK.

Wokół zastosowania w tym badaniu Załącznika 13 narosło w ostatnich latach w Polsce wiele mitów, najczęściej z powodu niewiedzy polityków. Warto więc wyjaśnić, że zgodnie ze słynnym porozumieniem między Ministerstwem Obrony Narodowej RP i Ministerstwem obrony FR z 1993, w przypadku awarii i katastrof spowodowanych przez polskie wojskowe statki powietrzne w przestrzeni FR lub rosyjskie statki powietrzne w przestrzeni powietrznej RP, badanie prowadzone będzie wspólnie przez właściwe organy polskie i rosyjskie, przy zapewnieniu dostępu do niezbędnych dokumentów, z zachowaniem obowiązujących je zasad ochrony tajemnicy państwowej. Czyli, w takich przypadkach, badanie prowadzone jest równolegle przez właściwe komisje obydwu państw. Po stronie polskiej właściwym organem była, powołana w oparciu o polskie prawo, Komisja Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, po stronie rosyjskiej natomiast był to MAK, który w swoim badaniu przyjął procedury z Załącznika 13. Dlaczego 2 komisje pracujące równolegle stosowały różne procedury dot. badania? Wynika to z faktu, że wspomniane Porozumienie z 1993 roku nie reguluje zasad dostępu do wraku, rejestratorów, miejsca zdarzenia, przesłuchań świadków czy formy sporządzenia i zgłaszania uwag do raportu z wypadku. Nie jest ratyfikowaną umową międzynarodową, a jedynie porozumieniem między Ministerstwem Obrony Narodowej RP a Ministerstwem Obrony FR w sprawie zasad wzajemnego ruchu wojskowych statków powietrznych nad terytorium obu państw. Wybór przez MAK Załącznika 13 paradoksalnie dał stronie polskiej więcej praw w badaniu rosyjskim niż Rosji w badaniu KBWL LP. Dzięki temu strona polska zyskała prawo pozwalające się włączyć w badanie prowadzone przez stronę rosyjską poprzez Akredytowanego Przedstawiciela i jego Doradców (płk. Edmund Klich oraz kilkunastu doradców z KBWLLP), a w szczególności do: udania się na miejsce wypadku, zbadania szczątków, uzyskania informacji od świadków i zaproponowania zakresu przesłuchania, posiadania pełnego i niezwłocznego dostępu do istotnych dowodów, uzyskania kopii wszystkich stosownych dokumentów, udziału w odczytywaniu zarejestrowanych materiałów, udziału w czynnościach badawczych poza miejscem wypadku, takich jak badanie części, prezentacje techniczne, testy i symulacje, udziału w spotkaniach związanych z postępami badania, łącznie z dyskusjami odnoszącymi się do analizy, ustaleń, przyczyn i zaleceń dotyczących bezpieczeństwa i składania wniosków dotyczących różnych elementów badania. Mieliśmy też prawo do zapoznania się z projektem raportu końcowego przygotowanego przez MAK i zgłoszenie do niego uwag. Tych wszystkich wymienionych praw nie miała strona rosyjska w prowadzonym przez nas badaniu, gdyż polskie przepisy wojskowe, w oparciu o które pracowała Komisja Millera, tego nie przewidywały.

B.W.: Pamięta Pan sprawę sfałszowanego zdjęcia tupolewa, a dokładnie lewego skrzydła jakim posługiwał się Pan Binienda? O co w tym dokładnie chodziło? Zespół pracujący przy kancelarii premiera miał to wtedy zgłosić do prokuratury. Był jakiś finał tej sprawy?

– Chodzi o materiał, zamieszczony w prezentacjach prof. Wiesława Biniendy, pokazujący lewe skrzydło samolotu, które nie ma zniszczonej krawędzi natarcia, a jedynie rozszarpany środek powierzchni skrzydła. Jego zdaniem to dowód, który miał potwierdzać hipotezę o wybuchu. Rzeczywiste zdjęcia z rekonstrukcji urwanego skrzydła wyglądały jednak inaczej. Wyraźna różnica na zdjęciach wykorzystywanych przez prof. Biniendę wynika z manipulacji w ułożeniu fragmentów zniszczonego skrzydła oraz twórczego potraktowania zdjęć. Jak się później okazało, autorem przerobionych zdjęć był rosyjski bloger, który przerobił w programie graficznym przednią i tylną część skrzydła w miejscu jego przecięcia po zderzeniu z brzozą tak, aby wyglądały na nieuszkodzone. Jako zespół zapowiadaliśmy wtedy złożenie zawiadomienia do prokuratury o ustalenie autora tego fałszerstwa. Jednakże szybko udało się go odkryć, a osoba ta na swoim blogu nawet przyznała się do tego, że celowo tak zmodyfikowała zdjęcie, żeby pokazać, jak mogłoby wyglądać skrzydło, gdyby nie doszło do zderzenia z brzozą tylko wybuchu. W takiej sytuacji składanie zawiadomienia było bezprzedmiotowe. Jednakże pokazało, że grupa tzw. ekspertów współpracujących z zespołem parlamentarnym posła Antoniego Macierewicza nie cofnie się przed niczym, aby tylko spróbować uwiarygodnić swoje teorie. Nie wierzę, że nie mieli świadomości, iż wykorzystane przez nich zdjęcie to manipulacja.

B.W.:  Czy było więcej przypadków powoływania się przez ludzi Macierewicza na fałszywe i zmanipulowane dokumenty? Jeden z ekspertów dzisiejszego szefa MON powoływał się na dokument który nie istniał, to był słynny blef Rońdy.

– Do słynnego blefu profesora Rońdy doszło podczas dyskusji między prof. Pawłem Artymowiczem a prof. Jackiem Rońdą w studio telewizyjnym po projekcji filmu National Geographic „Śmierć Prezydenta”. W pewnym momencie prof. Rońda pokazując jakąś kartkę powiedział, że jest w posiadaniu dokumentu, z którego wynika, że samolot nigdy nie zszedł poniżej 100 m. Nie chciał powiedzieć co to za dokument ani skąd go dostał (później chyba wskazał na min. Macierewicza). Kilka dni później, w telewizji Trwam przyznał jednak, że samolot zszedł poniżej 100 m, a jego wcześniejsza wypowiedź w dyskusji była blefem. Wielokrotnie zarzucano nam, że nie chcemy skonfrontować naszego badania z tezami ludzi z zespołu Macierewicza. Dyskusja jest możliwa i ma sens, gdy obie strony grają fair, mają ten sam poziom wiedzy czy doświadczenia. W tym przypadku, działania tzw. ekspertów smoleńskich wykazały, że nie są oni partnerami do takich rozmów.

B.W.: Czy dopuszcza Pan taką myśl, że rosyjskie trolle celowo umieszczały fałszywe zdjęcia lub dokumenty, które pocztą pantoflową trafiały do Macierewicza i były potem wykorzystywane?

– Jest to wielce prawdopodobne. Było więcej takich przypadków, kiedy poseł Antoni Macierewicz powoływał się na pozyskane w niejasnych okolicznościach materiały od Rosjan. Wszystkie miały jedną cechę wspólną – nie zgadzały się z zebranym czy przez komisję Millera czy też przez prokuraturę materiałem dowodowym. Wiadomym jest, że sprawa katastrofy smoleńskiej dzieli Polaków. Nikomu tak, jak Rosji nie zależy na tym, aby ten podział wzmacniać, a jednocześnie ośmieszać nasz kraj na arenie międzynarodowej. Dlaczego ośmieszać? Bo przyczyny katastrofy są znane i zrozumiałe dla całego profesjonalnego środowiska badaczy wypadków lotniczych na świecie. Zapoznali się z faktami, raportem i podczas wielu dyskusji czy konferencji dali temu dowód. Wspieranie przez państwo teorii niepopartych faktami, a często sprzecznych z elementarną logiką musi budzić wśród nich zdziwienie, jeżeli nie politowanie.

B.W.: Wróćmy zatem do teraźniejszości. Od kilku dni pojawia się coraz więcej informacji od dziennikarzy mówiących o tym, że podkomisja nie chce – w ramach dostępu do informacji publicznej – ujawnić komu i za co zapłaciła. Wydano w pierwszym roku astronomiczną kwotę 1.4 ml zł. Czemu podkomisja robi z tego taki wielki problem? Obawiają się czegoś?

– Nie widzę podstaw do nieudzielania tych informacji. Co innego jeżeli chodzi o wyniki tych prac. Badanie każdego wypadku według procedur wojskowych prowadzone jest w trybie niejawnym i to przewodniczący komisji decyduje o upublicznianiu wyników. Przez wiele lat zarzucano nam, że przez brak informowania społeczeństwa o wynikach prac komisji Millera dopuściliśmy do rozwoju mitów smoleńskich. Ponieważ przyczyny wypadku jak również fakty i większość dowodów są znane, uważam, że w tak ważnej dla Polaków sprawie niezbędna jest transparentność działań podkomisji. Obawiam się jednak, że jej milczenie podyktowane jest przede wszystkim tym, że nie mają się czym pochwalić.

B.W.: Jakie są do tej pory osiągnięcia podkomisji, co było obiecywane i co z tego zrealizowano? Wali się gmach kłamstwa smoleńskiego, jak to minister Macierewicz określił pod koniec zeszłego roku?

– Póki co, podkomisja nie ma żadnych osiągnięć. Minął ponad rok od szumnie ogłoszonego przez ministra Macierewicza wznowienia badania wypadku i powołania podkomisji. Do dzisiaj podkomisja nie przedstawiła żadnych konkretów, nie pojechała do Smoleńska, aby przeprowadzić badanie wraku, nie pojechała do Moskwy, żeby wykonać własną kopię zapisów rejestratorów. Pracuje w oparciu o zgromadzony przez komisję Millera i prokuraturę materiał. I jak widać, w porównaniu do odważnych tez o zamachu, wybuchu, przecinania brzozy jak nożem bez uszkodzenia skrzydła, zestrzelenia, usterki technicznej czy obezwładnienia samolotu, dzisiejsza narracja dr. Berczyńskiego jest zdecydowanie zachowawcza: badamy, nie przesądzamy o przyczynach, nie faworyzujemy żadnej z hipotez itd. Co się zmieniło w ciągu ostatniego roku? Podkomisja ma dostęp do dowodów. I nawet brak wiedzy i doświadczenia, a przypomnijmy, że żaden z jej członków nigdy nie badał wypadku lotniczego, a większość nie spełnia wymogów prawa lotniczego, aby móc zasiadać w takim gremium, nie pozwoliła na wyciąganie w oparciu o ten materiał alternatywnych wniosków.

B.W.: Raport Millera został usunięty ze stron rządowych i jedynym dostępnym dokumentem dla dziennikarzy ze świata jest raport MAK-u przygotowany na zlecenie Federacji Rosyjskiej. Teraz jak ktoś na świecie pisząc artykuł o katastrofie smoleńskiej, będzie się chciał posłużyć opisem lub wnioskami z wypadku, trafi na opis znacznie różniący się od faktów ustalonych przez komisję Millera. To miała być zemsta, ale okazuje się, że to może zadziałać kontrproduktywnie. To nie jest strzał w stopę?

– Polski raport jest znacznie obszerniejszy od raportu MAK i uwzględnia wszystkie okoliczności, które doprowadziły do wypadku – w tym niedociągnięcia po stronie rosyjskiej. To my wskazaliśmy na błędy w działaniu rosyjskich kontrolerów i niewłaściwe przygotowanie lotniska w Smoleńsku. Raport przetłumaczono na język rosyjski i angielski, jest bardzo dobrze oceniany w środowisku profesjonalistów związanych z bezpieczeństwem lotniczym. Był również podstawą do poprawy bezpieczeństwa w polskim lotnictwie wojskowym. Do raportu świetnym uzupełnieniem były informacje na stronie faktysmolensk.gov.pl (dzisiaj można je znaleźć dzięki internautom na faktysmolensk.niezniknelo.com). Niestety, krótkowzroczność rządzących doprowadziła do tego, że dzisiaj łatwiej znaleźć raport MAK niż komisji Millera, a raportu podkomisji dr. Berczyńskiego przy takim tempie prac nie zobaczymy pewnie jeszcze przez kilka lat, choć może to i lepiej.

B.W.: Czy po odwołaniu Pana z funkcji szefa PKBWL ktoś ze strony rządowej lub podległych im służb kontaktował się z Panem? Zapytam wprost. Czy były przypadki gróźb, próby zmuszenia do zaprzestania opisywania oraz wypowiadania się o katastrofie smoleńskiej? Czy były naciski?

– Nie było takich prób albo ja o nich nic nie wiem. Wielu moich kolegów pracujących dzisiaj w administracji czy w spółkach z udziałem skarbu państwa ma zakaz wypowiedzi dla mediów – oczywiście pracodawca ma takie prawo, aby tego wymagać. Jednak mam żal do kolegów z wojskowej części komisji Millera, dzisiaj już chyba wszyscy są emerytami, że nie zabierają głosu w sprawie katastrofy. Rozumiem, że wygodniej jest siedzieć w wygodnym fotelu i udawać, że to ich nie dotyczy, ale niestety wpasowuje się to w nurt coraz powszechniejszego dzisiaj koniunkturalizmu.

B.W.: Na koniec proponuję zagrać w ruletkę. Może być rosyjska. Co w tym roku na kolejną rocznice katastrofy może być wielkim przełomem?

– Nie oczekuję żadnych przełomów, tak jak nie było ich w ciągu ostatnich 6 lat. Czekam natomiast na chwilę, kiedy pan prezes Jarosław Kaczyński czy minister Antoni Macierewicz powiedzą, „przepraszamy, to był wypadek. Zróbmy wszystko, aby nigdy się nie powtórzył”.

Maciej Lasek – polski inżynier specjalizujący się w mechanice lotu, doktor nauk technicznych, przewodniczący Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych (2012-2016).

Follow me on Twitter

fot. wikimedia/onet

Facebook Comments

Redakcja portalu CrowdMedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść artykułów nadesłanych przez użytkowników.

Bartosz Wiciński

Facebook

Facebook By Weblizar Powered By Weblizar

Media Tygodnia

Ładowanie