Polityka i społeczeństwo

Kolejna afera Misiewiczów? Kontrowersyjne stanowiska w IPN

fot. flickr/P.Tracz

Jedną z największych pokus, jakie ciążą na rządzących, jest możliwość decydowania o obsadzaniu tysięcy stanowisk w instytucjach publicznych. Wizja ustawienia kolegów, którzy w stosownym momencie się odwdzięczą lub po prostu spłata politycznych długów zbyt często okazuje się przerastać zdrową relację, która powinna brzmieć “stanowisko na miarę kompetencji”. Afera Bartłomieja Misiewicz pokazała, jakie mogą być rezultaty obsadzania istotnych funkcji przez osoby bez wykształcenia i przygotowania. Wydaje się jednak, że nie zniechęca ona wielu ludzi środowiska Prawa i Sprawiedliwości od kontynuowania nieprzejrzystych praktyk zatrudnienia.

Kolejna aferą Misiewiczów może okazać się Instytut Pamięci Narodowej.

Białostocki oddział IPN przyjmuje bowiem na istotne stanowiska ludzi bez wykształcenia historycznego, których jedynym umocowaniem w dziedzinie, którą Instytucja ma profesjonalnie realizować, jest “bycie pasjonatami”. Tak zatem starszym specjalistą IPN został Bogusław Łabędzki, dawniej katecheta i co istotne, radny PiS. Starszym inspektorem została nawet osoba bez tytułu magistra. W rozmowie z Nowinami Podlaskimi dyrektor Białostockiego Oddziału IPN argumentował decyzję następująco:

“– Zarówno pan Łabędzki, jak i pani Chmielińska od lat zajmują się badaniem lokalnej historii. Łabędzki otrzymał nawet nagrodę „Świadka historii”. Poza tym z pana Łabędzkiego mam większy pożytek niż z niektórych doktorów historii. Zajmuje się grzebaniem w aktach i szukaniem zapomnianych miejsc pochówków, a czytać potrafi każdy”.

Dyrektora wspiera poseł PiS Dariusz Piontkowski, który widzi w Instytucie przestrzeń, poza historykami i prokuratorami, także dla amatorów i pasjonatów.

Zatem pojawia się pytanie, czy środowisko PiS dokonało rewolucyjnego odkrycia w polityce kadrowej, czy mamy do czynienia z kolejną aferą?

IPN pełni ważną misję historyczną, w której kwestią niezwykłej wagi jest rzetelność. W historii bardzo często pozory mylą, występują sprzeczne wersje między różnymi źródłami, historyk musi być ekspertem w odsiewaniu prawdy od wyprodukowanej przez całe dzieje ludzkości fake news. Z tego właśnie powodu ciągle zmieniane są podręczniki historii, ponieważ historyk jest naukowcem, musi podważać, wątpić w to co obowiązuje, szukać ciągle nowych dowodów i odrywać zaginioną wiedzę. Wykształcenie uniwersyteckie stanowi w świecie cywilizacji zachodniej gwarancję, że dana osoba została zapoznana z podstawowym warsztatem, ale i rolą pracy historyka. Amatorzy i pasjonaci niczym znachorzy w medycynie swoją bezkrytycznością i brakiem warsztatu umożliwiającego rozeznanie, nawet przy dobrej wierze, mogą łatwo popełnić błąd. Z tego powodu posiadanie certyfikowanych kwalifikacji powinno być dla IPN istotne.

Dyrektor ma oczywiście rację, ze zdarzają się sytuacje, że pasjonaci mogą wnieść większy wkład w branże niż absolwenci studiów, wiele zależy od motywacji, której niestety wielu absolwentom studiów brakuje. Dzisiejsze czasy społeczeństwa innowacyjnego i informacyjnego to także powolny spadek znaczenia akademickich dyplomów. Jednak instytucja publiczna nie może kierować się niesprawdzonymi kryteriami. Jeśli PiS chce zatrudniać amatorów w państwowych instytucjach, to faktycznie miejsce dla nich może się znaleźć, ale w wymagałoby to wprowadzenia obiektywnej formy oceny kompetencji zawodowych. W przeciwnym razie jest to tylko kolejny przykład zawłaszczania państwa i rozdawania stołków znajomym królika.

Źródło: fakt.pl

fot. flickr/P.Tracz

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Czytasz nas? Podobają Ci się zamieszczane przez nas treści?
Wesprzyj nas swoją wpłatą.
Wpłacając pomagasz budować Crowd Media – wolne media, które patrzą władzy na ręce.

WPŁAĆ

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Facebook Comments

Redakcja portalu CrowdMedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść artykułów nadesłanych przez użytkowników.

Media Tygodnia

Ładowanie