Gospodarka

Już wkrótce wszyscy odczujemy negatywne skutki flagowego programu PiS

Gdy 1 kwietnia 2016 roku ruszał program „Rodzina 500+” rząd trąbił o gigantycznym sukcesie. Chwalił się, że w końcu nadszedł czas, gdy państwo zacznie dzielić się owocami wzrostu gospodarczego z najbardziej potrzebującymi płacąc z budżetu państwa na drugie i kolejne dziecko w polskich rodzinach, a w przypadkach szczególnych także na pierwsze dziecko. Rząd przekonywał, że program ma przede wszystkim cel prospołeczny i prodemograficzny, ekonomiści i komentatorzy podkreślali przede wszystkim jego socjalny charakter. Program funkcjonuje, propaganda rządowa chwali go średnio raz na dwa dni, a opozycja znajdująca się pod ścianą ciągle szuka sposobu, jak program uchronić przed likwidacją, mimo iż zdaje sobie sprawę, że jest dla polskiej gospodarki zabójczy.

To, że w dłuższej perspektywie program ma działanie negatywne i wpłynie na życie Polaków dużo mniej korzystnie niż przekonuje rząd Prawa i Sprawiedliwości powoli widać w analizach rynku pracy i prognoz gospodarczych. Już dziś cierpiące na dużo niższe emerytury kobiety, w dłuższej perspektywie na programie rządu stracą najbardziej. Rezygnacja z aktywności zawodowej może i nie daje dziś objaw spadku rozporządzalnego majątku, jednak prowadzi do rezygnacji z opłacania składek na ubezpieczenie społeczne a więc finalnie na jeszcze niższe emerytury. Jednocześnie to, co jest dziś przedstawiane jako największy sukces rządu, czyli zwiększone wpływy z podatków powodowane wyższą konsumpcją będzie miało w perspektywie najbliższych kilku lat naprawdę dramatyczne skutki, które niemal każdy z nas odczuje w swoim portfelu. Wszystko z powodu nieubłaganych praw ekonomii, których rząd oszukać nie zdoła.

Na panelu Ariadna zostało przeprowadzone badanie na temat wiedzy ekonomicznej Polaków w kontekście funkcjonowania programu „Rodzina 500+”. Oprócz tego, że pokazało gigantyczną i zatrważającą wręcz ignorancję przeciętnego Kowalskiego w kwestii pochodzenia środków na finansowanie programu, padło tam również pytanie o przewidywane skutki wzrostu zasobności portfela w kontekście ich wpływu na ceny podstawowych produktów. Choć 53% Polaków rozumie, że oczywistym skutkiem takiego stanu rzeczy musi być wzrost cen, to blisko co czwarty obywatel tej zależności nie rozumie, a co piąty nie potrafi zająć w tej sprawie stanowiska. To, że ludzie nie rozumieją przyczyn wzrostu cen, nie jest jeszcze tak dużym zmartwieniem dla rządzących. Gorzej, że coraz bardziej widoczne stają się skutki, czyli powszechniejąca drożyzna w sklepach. A to, w połączeniu z ignorancją ekonomiczną, zwłaszcza elektoratu Prawa i Sprawiedliwości może przynieść dla tej partii opłakane skutki i to już w najbliższych miesiącach. Nawet najlepiej formułowana propaganda w mediach rządowych nie pomoże ukryć prostego faktu, że władza obiecywała bardziej dostatnie życie, a tu znów zaczyna brakować od pierwszego do pierwszego. Inflacja już zaczyna coraz szybciej rosnąć, a to przecież nie koniec, bo rząd nie zamierza zmieniać swojej doktryny ekonomicznej i planuje dalsze dosypywanie publicznych pieniędzy na rynek.

Przed niełatwym politycznie zadaniem stoi jeden z najbliższych współpracowników Jarosława Kaczyńskiego, pełniący obecnie funkcję szefa NBP, Adam Glapiński. Normalnym i standardowym instrumentem polityki finansowej w sytuacji rosnącej inflacji jest podniesienie stóp procentowych. Zmniejszając podaż pieniądza na rynku doprowadza się do zduszenia inflacji i wyhamowania galopu cen. Problem jednak w tym, że taki ruch dzisiaj wyhamuje nie tylko galop cen ale i dynamikę wzrostu, która napędza wzrosty wpływów podatkowych. Momentalnie może dojść do sytuacji, w której prezentacje w Power Poincie autorstwa Ministerstwa Finansów staną się niepożądane i zaczną pokazywać spadki – a tego przecież wicepremier Morawiecki wystrzega się jak ognia. Dodatkowo, wzrost stóp procentowych sprawi, że wzrosną raty kredytów hipotecznych w złotych a więc znów setkom tysięcy Polaków wzrosną wydatki. Jeśli spadnie popyt na nowe mieszkania to znów spadną wskaźniki inwestycji czyli znów slajdy Morawieckiego będą mogły go pogrążyć.

Istnieje też możliwość, że NBP, a konkretnie RPP nie zrobi nic i stóp procentowych nie obniży. Wówczas inflacja zacznie się napędzać i w perspektywie paru lat z dodatku 500 zł po odjęciu wydatków na wyższe rachunki i zakupy produktów spożywczych pozostanie okrągłe zero. Jak się nie obrócisz, dupa z tyłu. Rząd może oczywiście obiecać kolejny program, tym razem 1000+. Może i ignorujące podstawowe prawa ekonomii społeczeństwo po raz kolejny da się kupić i odda głos na tę partię. Pytanie jednak, czy skutkiem tego nie będzie faktyczne doprowadzenie polski do totalnej gospodarczej ruiny. Rząd stoi zatem przed trudnymi decyzjami. W ostateczności zawsze można za wszystko obwinić totalną opozycję oraz ulicę i zagranicę. W końcu ojciec nowoczesnej ekonomii Adam Smith pewnie był lewakiem, popierającym gender i kto wie, czy nie jest jakimś przodkiem Sorosa. Team Pereira & Bugała z pewnością coś wymyślą.

fot. flickr/KPRM

Źródło: Ciekaweliczby.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

 

Facebook Comments

Redakcja portalu CrowdMedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść artykułów nadesłanych przez użytkowników.

Michał Kuczyński

Michał Kuczyński - Absolwent Uniwersytetu Wrocławskiego. Z zamiłowania bloger i autor tekstów o charakterze publicystycznym. Interesuje się polityką i ekonomią. Prywatnie miłośnik piłki nożnej, muzyki rockowej i dobrego kina. Niegdyś zapalony wiolonczelista.
Zapraszam na mojego Twittera - @KuczynskiM

Facebook

Facebook By Weblizar Powered By Weblizar

Media Tygodnia

Ładowanie